poniedziałek, 12 października 2015

"Zjazd rodzinny" - Irena Matuszkiewicz


„Pochodzimy z jednego pnia. Musimy się kochać, szanować i wspierać.”

Gdyby nie niespodzianka wydawnictwa, ta książka prawdopodobnie nigdy nie trafiłaby w moje ręce. Bo jakoś tak nie do końca zachęcona streszczeniem i okładką, pewnie odrzuciłabym możliwość jej przeczytania. Tymczasem otrzymując ją z zaskoczenia, przez jakiś czas odkładałam jej przeczytanie z dnia na dzień, aż w końcu nadszedł ten moment, kiedy postanowiłam się za nią zabrać. Półtorej doby– dokładnie tyle trwała moja przygoda spędzona u jej boku. Co czułam wczytując się w słowa Ireny Matuszkiewicz? Czy żałuję tego, że ostatecznie sięgnęłam po tę powieść? Czy moje obawy okazały się słuszne? Przekonajcie się. Zapraszam zatem na „Zjazd rodzinny”, by przeżyć niezwykłe chwile u boku Leontyny i Jana.

Ewa i Helena właśnie rozważają pomysł zorganizowania wielkiego zjazdu rodzinnego. Rozrzuceni po świecie krewni złączeni tą samą krwią, a jednak rozdzieleni przez bieg wydarzeń, mieliby znowu wrócić do korzeni, do własnej historii, którą tak naprawdę razem dzielą. Wywodząc się z rodu Korzeńskich , mogliby uczcić pamięć tych, dzięki którym mogą stąpać po stabilnym gruncie. A byłoby o czym mówić, bo Leontyna i Jan, ich praprzodkowie, wiedli całkiem obfite w wydarzenia życie.

W 1920 roku powracający z wojny Jan poznaje Leontynę, dziewczynę pochodzącą z całkiem zamożnej rodziny. Nie czekając długo para szykuje się do ślubu, a ich nowo otwarty sklep kolonialny ma zapewnić im dobrobyt i szczęście. Nadchodzą jednak trudne i niestabilne czasy, a interes – zamiast kwitnąć – momentami naprawdę kuleje. Leontyna zaś zachodzi w ciążę, toteż młodzi małżonkowie staną przez niełatwym wyzwaniem utrzymania powiększonej rodziny. Ich marzenia i oczekiwania okazują się nieco inne, aniżeli rzeczywistość. Czy zatem Leontyna i Jan wspólnie pokonają kłody, jakie stawia pod ich nogami przyszłość? Co więcej, ich potomek, malutki chłopiec, już wkrótce doczeka się rodzeństwa, a stworzona przez Korzeńskich gromadka będzie liczyła aż siedmioro dzieci.

Niespokojne czasy ostrzałów oraz inflacji, to właśnie w tych burzliwych dla Polski latach przychodzi żyć głównym bohaterom. Jan, twardo stąpający po ziemi mężczyzna i Leontyna – wrażliwa wielbicielka literatury, połączeni węzłem małżeńskim wkraczają w dorosłą, pełną obowiązków codzienność. A wyzwań stawianych przez los wcale nie będzie mało. Ich rodzinny Włocławek pada ofiarą najazdu wroga. Przestraszeni ludzie, niedoświadczeni w walce, triumfują tylko dzięki pomysłowi spalenia mostu. To jednak wcale nie owo wydarzenie okazuje się dla bohaterów tym najtrudniejszym. Prawdziwy sprawdzian wytrzymałości zgotują im dzieci, które rodzone rok po roku będą wymagały opieki, niemałych pieniędzy oraz wielkich pokładów cierpliwości. Czasy biedy, ale i ludzkiej życzliwości, strachu, ale i radości, trudu, ale też satysfakcji. Bo nie ma piękniejszej rzeczy na świecie niż rodzinna miłość i świadomość tego, że wokół nas żyją ludzie, którzy naprawdę nas kochają.

Zagłębiając się w lekturze Ireny Matuszkiewicz czytelnik przenosi się do czasów Polski, kiedy to na językach obywateli pojawiało nazwisko Piłsudskiego czy Dmowskiego. Unoszący się w powietrzu klimat walki i sporów politycznych przesiąka przez słowa do tego stopnia, że naprawdę można poczuć go własnymi zmysłami. Przebijająca przez całą treść polskość uświadamia, jak bardzo zmieniło się nasze życie. To, które wiedli główni bohaterowie książki było niezwykle trudne, ale też cenne i warte uwagi. Matczyne oddanie, ale i posługa ojczyźnie – człowiek był w stanie poświęcić siebie dla wyższych celów i właśnie to daje niewątpliwie sporo do myślenia. Powieść, prócz barwnych opisów otoczenia, zawiera naprawdę wyraźne wskazówki pozwalające wtopić się w zamierzchłe czasy. Zapach mielonej w świąteczne dni kawy, ale i nieświeżego mięsa podanego w starannie wykonanym bigosie. Jest niezwykle klimatycznie i chociaż z pewnością wolę moją rzeczywistość, przez jeden dzień naprawdę chciałabym doświadczyć ciepła oferowanego przez bohaterki Zjazdu rodzinnego.

Ta książka jest opowieścią o rodzinie, nie biegnącą spiesznym rytmem, ale też nie przypominającą nudnego tasiemca. Autentyczne tło historyczne w połączeniu z genialnymi, fikcyjnymi osobowościami tworzą w efekcie ciepłą i wyjątkową fabułę. Rewelacyjne i niezwykle precyzyjne odniesienie się do przeszłości jest dowodem na to, jak wielką wiedzę posiada Irena Matuszkiewicz i zarazem potwierdza jej talent dzielenia się nią z odbiorcami. Niczego bym tutaj nie zmieniła, bo chociaż ta książka w zupełności nie wpisuje się w kanony moich ulubionych gatunków literackich, taka odmiana była dla mnie zbawienna. Polubiłam każdego z prezentowanych tutaj bohaterów oraz wszystkie ich wady i zalety. Zaborczość Jana, oddanie Leontyny, ale i nieustanne wsparcie potrafiącej dogadać synowi teściowej. Są także postaci drugoplanowe – zabawny i nie do końca rozgarnięty wuj czy też zdradzająca swojego męża znajoma rodziny. By móc wtopić się w ich świat, trzeba sięgnąć po tę książkę. Być może dzięki niej docenicie własne korzenie i zechcecie sięgnąć do ich początku.

„- A czy ty wiesz, ile bohaterskich czynów zrodziło się ze zwykłego strachu?
- Nie wiem. Ile?
- Zdecydowana większość.”

Czytanie tej powieści było dla mnie dużą przyjemnością. Jeżeli lubicie rodzinne, spokojne i niezwykle klimatyczne lektury, nie wahajcie się, by po nią sięgnąć. Osobiście przyznam, że miałam już kiedyś okazję poznać książkę, która wyszła spod „pióra” tej autorki i mogę potwierdzić, że tej najnowszej z pewnością nie dorównuje do pięt. Z chęcią więc poznałabym dalsze losy dzieci Leontyny i Jana. Bo chociaż wychowane w tej samej wierze i zgodnie z tymi samymi zasadami, kształtowały zupełnie inne charaktery. Cofnijcie się wiele lat wstecz i zobaczcie, jak wyglądała codzienność tych, którzy wypuścili liczne, rodzinne korzenie naprawdę daleko.

moja ocena: 5/6
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
ilość stron: 376
premiera: 20 października 2015

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.
 Znalezione obrazy dla zapytania prószyński i s-ka

10 komentarzy:

  1. Też spotkała mnie ta niespodzianka, ale lektura jeszcze przede mną. Mam nadzieję, że mi się spodoba - faktycznie chyba potrzebuję takiej spokojnej, rodzinnej opowieści. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie tematycznie bardzo książka interesuje, więc chętnie przeczytam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rodzinna, spokojna i klimatyczna lektura? Na razie szukam innych klimatów, ale będę miałam ten tytuł w pamięci. Czasem lubię sięgnąć po takie opowieści, no i lubię też sagi rodzinne :).

    OdpowiedzUsuń
  4. To już dzisiaj druga recenzja tej książki, jaką czytam. Chętnie się skuszę, bowiem lubię prozę tej autorki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Klimatyczne lektury lubię i z przyjemnością książkę przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ostatnio czytałam pierwszy tom "Stulecia Winnych" i ta książka trochę mi przypomina tamtą - czasy, klimat, splecenie historii z fikcją, nawet więcej niż trochę. Jak będę miała okazję, to przeczytam powieść.

    OdpowiedzUsuń
  7. Oo spodobałby mi się klimat tej książki, będę mieć na uwadze!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ta książka chyba nie jest dla mnie. :P

    OdpowiedzUsuń