piątek, 29 maja 2015

"Miasteczko"- Robert Cichowlas, Łukasz Radecki

 



Prastare wierzenia, słowiańskie legendy i czczone bóstwa to z pozoru przeszłość, która w czasach teraźniejszych wyłącznie zaciekawia. Przecież jako ludzie XXI wieku zdajemy sobie sprawę z tego, że to, co niewidoczne gołym okiem, nieudowodnione nauką i niepoparte dowodami, jest zaledwie wymysłem człowieka, fantazją, która prócz rozrywki, nie ma żadnej istotnej funkcji. Zatem dlaczego wielu z nas wciąż wierzy w to, że są na świecie miejsca, na terenie których dzieją się rzeczy niewyjaśnione? Dlaczego w ciemną noc, kiedy gasną wszystkie światła, a wokół nas brak kogokolwiek bliskiego, z duszą na ramieniu nasłuchujemy odgłosów? Czemu obawialibyśmy się samotnego, nocnego spaceru na cmentarz? Być może wciąż jest w nas jakaś ukryta część, która przeczuwa i widzi coś, czego nasz umysł nie jest w stanie wybadać?
Tym razem, wraz z moją recenzją, zabieram Was do Miasteczka . Przekonajcie się o tym czy strach to pojęcie Wam obce. A może to, co z pozoru wydaje się absurdalne, stanie się dla Was źródłem przerażenia? Kto wie.

Marcin Lanowicz, autor poczytnych erotyków, cierpi na brak weny twórczej. Ścigające go terminy i zwierzchnik, który nie lubi opóźnień, skłaniają go do wyjazdu wypoczynkowego, gdzie, jak ma nadzieję, odzyska utracone natchnienie. Wraz z ukochaną żoną, Anią, obiera kierunek Mazur, a dokładniej, udaje się do małego miasteczka o nazwie Morwany. Drewniany domek, cisza i roztaczająca się wokół zieleń są ciekawą zapowiedzią prawdziwego i przyjemnego relaksu. Kiedy małżonkowie docierają na miejsce, błądząc uprzednio po niekończącym się lesie, są oczarowani. Nigdy nie pomyśleliby, że w sercu tak gęstej puszczy drzew znajduje się niewielka osada. Okazuje się, że domek, w którym mają się zakwaterować, jest otwarty, aczkolwiek wewnątrz nikt na nich nie czeka. Znajdując kartkę z kilkoma słowami powitania, Lanowiczowie wprost nie potrafią uwierzyć w to, że są w Polsce jeszcze takie terytoria, gdzie ludzie całkowicie sobie ufają. Jednakże wkrótce aura Morwan zaczyna wzbudzać niepokój i lęk. W nocy słychać kroki kogoś poruszającego się po domu, chociaż drzwi zostały uprzednio zamknięte na klucz. Mieszkańcy, z pozoru zwykli ludzie, wygadują dziwne rzeczy, nieraz przypominające ostrzeżenia, a trzy jasnowłose kobiety poruszające się po okolicy, już na pierwszy rzut oka kryją w sobie coś niezwykłego. Kiedy Marcin zaniepokojony ekscentrycznymi zjawiskami dzwoni na policję, okazuje się, że Morwany nie istnieją w żadnym rejestrze. Chociaż to miasteczko nie widnieje na ani jednej mapie, funkcjonariusz życzy mężczyźnie powodzenia, które z pewnością mu się przyda…

Główny bohater książki wyrusza w podróż u boku ukochanej kobiety. Para liczy na pobyt, który pomoże im w pozbyciu się presji otoczenia i czasu, a przy tym, odnowi potęgę ich uczucia. Przyjemny wypoczynek w zalesionej okolicy mógłby wydawać się idealnym sposobem na wytchnienie dla nękanych obowiązkami ludzi. Czy jednak słysząc słowa dziwnie zachowującej się kobiety dotyczące tego, że z Morwan tak szybko się nie wraca, można czuć się komfortowo? Co, kiedy w domu mającym odegrać rolę oazy spokoju, nocą dostrzegalna jest czyjaś obecność? Czy wizerunek zamazanej twarzy pojawiającej się w lustrze to tylko przewidzenie? Czym jest zabita wrona przybita do drzwi wejściowych jednej z chat? I kim tak naprawdę są jasnowłose kobiety, do których zbliżenie się z pewnością powinno wprawiać w zakłopotanie? Morwany, małe miasteczko, które miało dla Lanowiczów przybrać wymiar nieba, przyoblekło się w zło i przekształciło ich pobyt tutaj w piekło.

źródło
Czy ciemne moce, które niewątpliwie zostały uaktywnione, nie mają swoich słabych punktów? Czym w ogóle one są i jak potężna jest ich siła rażenia? W ręce Mariusza trafia pamiętnik niejakiej Joasi, który w raz z pierwszą stroną staje się wierną relacją wydarzeń, niewątpliwie związanych z przeklętym miastem. Chociaż w Morwanach zastraszeni ludzie milczą, jeden z mieszkańców postanawia przełamać panującą ciszę, a kara, jaka go za to spotka, okaże się najsurowsza. Główny bohater, krok po kroku, odkrywa okrutną prawdę. Pradawne, słowiańskie bóstwa i legendy, które dotąd były dla niego wyłącznie czczym gadaniem, przybierają na wiarygodności. Wkrótce wychodzi na jaw fakt, że Morwany, położone z dala od cywilizacji i rozgłosu, zdołały zachować klątwę dawnych lat, a jej zdjęcie okaże się nie do przeskoczenia.
 "Nie uciekniesz z Morwan - wyszeptała. - Każdy, kto tu przyjeżdża, zostaje. Stąd nie ma powrotu..."
Robert Cichowlas i Łukasz Radecki stworzyli powieść grozy, której nie powstydziłby się sam Stephen King. Pomysł na fabułę, wzbogacony słowiańską kulturą, nietypowymi motywami oraz oryginalnymi postaciami, stał się ekscentryczną mieszanką i eksperymentem, którego efekt jest jak najbardziej zadowalający. Trudno byłoby mówić w tym przypadku o punktach kulminacyjnych, ponieważ jest ich tutaj naprawdę sporo. Akcja co jakiś czas zwalnia tempa, by po chwili znów ruszyć galopem niosącym powiew prawdziwej grozy. Napięcie z pewnością nie gaśnie. Czytelnik, ostrożnie przewracając kolejną stronę, rozgląda się za siebie by zyskać pewność, czy aby wokół nie czai się żadne zło. To niesamowite jak wielką moc mogą mieć zapisane na kartce słowa, aczkolwiek dzieje się tak tylko w przypadku, kiedy autor ma niewątpliwy talent. Tutaj najwyraźniej zarówno pan Robert, jak i pan Łukasz okazali się wspaniałymi i godnymi polecenia twórcami. Nie jestem do końca zwolenniczką książek pisanych przez więcej, aniżeli jedną osobę. Mam wrażenie, że dwóch autorów to już o jednego za dużo. Po „Miasteczko” sięgałam więc z pewnym dystansem, a jednak moje obawy okazały się niesłuszne i bezpodstawne. W tym wypadku przeważyła zasada „Co dwie głowy, to nie jedna”. Efekt okazał się bowiem znakomity.

źródło
Jako czytelnik, mam już spore doświadczenie dotyczące wielu gatunków literackich, między innymi powieści grozy. Czytałam wiele dzieł Kinga, Mastertona czy Barkera i mogłoby się wydawać, że już samo ich nazwisko daje przewagę tworzonym przez nich treściom. A jednak ja nie daję się omamić i powiem szczerze, że „Miasteczko” Radeckiego i Cichowlasa to pierwszorzędny horror, z którego spoczywający ostatnio na laurach King mógłby brać przykład. To, co okazuje się tutaj niewątpliwym powiewem świeżości, to umiejętne połączenie makabry oraz erotyki. A obrazy aktów, chociaż nieraz daleko odbiegających od zwykłych scen erotycznych, zabarwione są tak silnymi doznaniami, że wykreowanie sobie ich w głowie przychodzi naprawdę łatwo. Finał powieści, jak na horror przystało, zapewne trudno określić jako sielankowy. Wielbiciele tego gatunku już jednak chyba przywykli do tego, że takie książki nieczęsto kończą się słowami „żyli długo i szczęśliwie…”. Nic jednak więcej nie zdradzę, poza tym, że akcja jest warta uwagi.

Na wielki plus zasługuje także okładka powieści, która sama w sobie ma już coś magnetycznego i hipnotyzującego. Wydaje mi się, że oprawa graficzna zyska uznanie wśród wielbicieli tego gatunku literackiego, a tym samym, ocenianie książki po okładce tym razem wyjdzie ludziom na dobre. Jak dla mnie, wydawnictwo Videograf znowu może pochwalić się ciekawą propozycją, ponieważ w przypadku horrorów jeszcze mnie nie zawiodło. Świat słowiańskich bóstw, nietypowych wydarzeń, lęku, ale i miłości, zamknięty w samym sercu ciemnego lasu. „Miasteczko” może naprawdę przyprawić Was o dreszcze, szczególnie, kiedy tak jak ja, przekroczycie jego próg nocą.

moja ocena: 5/6
wydawnictwo: Videograf
ilość stron: 320
data premiery: 20.05.2015

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Videograf.
  wydawnictwo

środa, 27 maja 2015

"Tajne archiwa archeologii" - Luc Burgin



Historię ludzkości, postępu, techniki, rozwoju czy też odkryć uczy się każde dziecko już w szkole podstawowej. Każdy z nas studiował temat człowieka pierwotnego, fenomenalnych piramid w Kairze czy też politeistycznych wierzeń Greków. Skąd nam o tym wszystkim wiadomo? Czy mamy pewność, że to, czego dowiadujemy się o ludziach z przeszłości, jest prawdą? Znani odkrywcy i badacze, którzy dokonali i wciąż dokonują wielu szczegółowych analiz, przekonują, że znane dotąd fakty to nic innego, jak szczera prawda. A jednak jak się okazuje, nie wszyscy mogą mieć czyste sumienie. W podziemiach, instytutach czy też miejscach nieznanych wciąż znajdują się tabuny dziwnych znalezisk, nad którymi pracę po prostu zaniechano. Dlaczego? Bo mogłyby one całkowicie zmienić bieg znanej nam historii, a takowa musiałaby zostać spisana od nowa…

„Ta książka jest niebezpieczna.
Dostarcza wystarczająco dużo dynamitu, aby wysadzić w powietrze nasz obraz historii. Lont już podpalono. Jedno bowiem jest pewne: nasi przodkowie byli znacznie bardziej postępowi, niż możemy dziś sądzić. Gdyby dało się uwiarygodnić to wszystko, co się obecnie odkrywa, mielibyśmy przed sobą największą rewolucję naukową w dziejach ludzkości.”

Być może pamiętacie obraz neandertalczyka, wymarłego tysiące lat temu przedstawiciela Homo. A czy słyszeliście o tym, że 60 lat temu znaleziono żyjącą istotę, Azzo, która być może była ostatnią ostoją tego gatunku. Mężczyzna, zdefiniowany jako „dzikus”, żywił się surowym mięsem, a jego nietypowy wygląd był tak trudny do zaakceptowania i zaklasyfikowania, że temat zakamuflowano. Czy kojarzycie opowieści o potędze Egipskiej cywilizacji, o tajemniczych piramidach, skarbach i niezliczonych grobowcach. A czy doszły Was słuchy o tym, że ślady Egipcjan znaleziono aż w Wielkim Kanionie? Zapewne nie, bo to odkrycie musiałoby znacznie namieszać w dotychczas wypracowanym ładzie historycznym. Czy wiedzieliście o dziwnej istocie zamrożonej w lodowym bloku, który podobno został wyłowiony u wybrzeży Syberii? A macie pojęcie o tym, jak wiele skarbów zostało znalezionych w Burrows’ Cave? Złoto, figury, system dziwnych znaków – a wszystko to zebrane w miejscu, które nijak ma się do faktów znanych z historii. W tym właśnie miejscu nie powinno ich być, toteż sprawa nie została prawidłowo zbadana, a pozostałości po przodkach – przepadły. Wiele z tych cenności, niewygodnych z resztą dla badaczy, po prostu zniknęło. Cóż takiego nasi przodkowie z Acambaro chcieli przekazać poprzez figurki kobiet karmiących dinozaury? Przecież podobno ludzie od takowych stronili. O tym się nie mówi, ale „Tajne archiwa archeologii” Luca Burgina, to dokładnie opracowany zbiór, przekazujący wiedzę właśnie na temat tych zakazanych obiektów, których moc mogłaby zmienić pogląd na całą przeszłość naszego gatunku.

Jak wielkim szokiem musiało być odkrycie podwodnych miast, podziemnych korytarzy czy też zakopanych przedmiotów, które przeczyły dotychczasowej nauce. Jak ogromnym jednak musiało okazać się dla wielu zaskoczeniem to, że uznano je za nic nie wnoszące do historii, zbyt trudne do zbadania, więc nieważne, czy też po prostu określono je mianem „falsyfikatów”. W imię czego? Pójścia na łatwiznę i kłamstwa. Spirale z kosmosu, figury z Nazca czy nietypowe znaki w Puszczy Brazylijskiej. Czemu owe przedmioty nie mogą znaleźć swojego miejsca w całej długiej opowieści o przeszłości?

„Tajne archiwa archeologii” to kontrowersyjna publikacja, która daje do zrozumienia jedno. Znane nam z pozoru fakty historyczne wcale nie powinny być pewniakiem, a jedynie przypuszczeniem, które prawdopodobnie ulegnie jeszcze zmianie. Z drugiej strony, może warto bronić tego dziedzictwa, które funkcjonuje wśród ludzi akceptowane od lat? Być może jest w tym jakaś racja, by dać sobie spokój z kontrowersjami. To, co dobrze znane, zapewnia poczucie stabilności. Nowe, niejasne okrycia zapewne narobiłyby zbyt wielkiego spustoszenia, bo to, co koliduje z naszymi obecnymi przekonaniami, mogłoby wprowadzić niepokój i brak zaufania.

Niemniej jednak uważam, że warto wiedzieć o tym, iż dzieje ludzkości wciąż pozostają dla nas nieodgadnioną zagadką, którą, kto wie, może kiedyś uda się w całości rozwiązać. Ile jeszcze ukrytych w ziemi, czy też pod wodą, rzeczy, czeka na powtórne ujrzenie światła dziennego. Jak potężne i mające istotne znaczenie przedmioty kryje nasza planeta? Jeżeli wydaje nam się, że o przeszłości człowieka wiemy już wszystko, jesteśmy w ogromnym błędzie, a książka Luca Burgina jest tego najlepszym przykładem.

Niezwykle interesujący, jak dla mnie, okazał się temat Biblii, w której podobno zostały zakodowane treści przepowiadające wydarzenia mające miejsce dopiero jakiś czas temu. Czy jedna z najpopularniejszych ksiąg świata kryje w sobie o wiele więcej tajemnic, aniżeli mogłoby się wydawać?
Jak to możliwe, że spisana setki lat temu, może dotyczyć dziejów czasów współczesnych?

„Tajne archiwa archeologii” to ekscytująca książka zawierająca 150 unikatowych fotografii, które jak dotąd, nie zostały nigdzie opublikowane. Zobaczycie tutaj nie tylko tajemnicze figurki czy wyryte w skałach znaki, ale także chińską mumię czy żyjącego kilkadziesiąt lat temu neandertalczyka. Niektóre z nich naprawdę dają do myślenia.

Publikacja Luca Burgin podzielona została na pięć głównych części: „Ukryte znaleziska”, „Tajemnicze stworzenia”, „Tajemnicze miejsca”, „Niezwykłe znaleziska” i „Ukryte posłannictwo”. Każda z tych zawiera zaś poszczególne rozdziały podlegające ogólnemu tematowi. To czyni ją klarowną i uporządkowaną.

Owa książka to nie obszerny tom wydany na wysokiej jakości papierze. Ktoś może uznać to za wadę, ale też dzięki temu możliwe było nadanie publikacji przystępnej ceny. A to dla zainteresowanych tematem czytelników może okazać się nie lada istotne. Podsumowując, książka Luca Burgina rozpatruje niecodzienny  oraz interesujący temat. Co ważne, pisana jest zrozumiałym, prostym językiem, co pozwala uniknąć irytacji dotyczącej niejasnych kwestii.

Polecam ją tym, którzy interesują się historią i twierdzą, że na jej temat wiedzą już naprawdę wiele, oraz tym, którzy będąc laikami chcieliby zacząć od tej mniej popularnej i raczej tajonej strony. Ja, chociaż na temat zamierzchłych cywilizacji wiem tylko tyle, ile wiedzieć wypada, naprawdę zainteresowałam się tym tematem i w wolnej chwili zamierzam pogłębić swoją wiedzę. 

wydawnictwo: Amber
ilość stron: 304
data wydania: 28.04.2015


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Amber.

wtorek, 26 maja 2015

Sto lat wszystkim Mamusiom ;)

Kochani!

Z okazji Dnia Matki, wszystkim doświadczonym, mniej doświadczonym i przyszłym Mamom życzę spełnienia marzeń. Czy jakoś specjalnie uczciłyście ten dzień? Moja 10-miesięczna córeczka chyba przeczuwała, że to moje święto, bo jeszcze nigdy nie spała tak długo, jak dziś. Miałam okazję więc rano poleniuchować sobie w łóżku, chociaż nie wstałam zbyt wyspana. W końcu sporą część nocy poświęciłam na "Maybe Someday" ;-)

Uśmiech dla wszystkich Mam ;)

"Maybe Someday" - Colleen Hoover



Życie okazuje się nieraz żałosnym splotem wydarzeń, które wbijają w serce nóż atakując znienacka i nie dając szansy nawet na chwilę zastanowienia.  Pozorne szczęście, które jednego dnia czyni z nas najszczęśliwszych na świecie ludzi, może okazać się nazajutrz zaledwie wątłym cieniem radości zapadającej się w szczelinie na jednym z wielu pęknięć kruchego lodu. Nic nie jest pewne, prócz śmierci. Nawet te najbardziej stabilne z uczuć mogą okazać się z bowiem fikcją, która czyniła  codzienność zaledwie złudzeniem rzeczywistości.  Zaś nasze realne plany, te wręcz namacalne, niejednokrotnie stają się utopią, do której chciałoby się wrócić, lecz nie jest to już możliwe. Co byście zrobili, gdyby to właśnie ci ludzie, którym dotąd ufacie najbardziej, wyrządzili Wam największą z krzywd? Co, w sytuacji, kiedy w jednym momencie utracilibyście miłość, przyjaźń i dach nad głową? Początkowo świat przestałby dla Was istnieć, ale upływ czasu udowodniłby Wam to, że najwyraźniej tak musiało być. Bo co dziwne i paradoksalne, cierpienie jest często bramą do prawdziwego szczęścia, do bezkresnej radości wyzbytej ułudy i fikcji. Na takiej właśnie ścieżce, drodze usłanej wieloma raniącymi kolcami, znalazła się Sydney, bohaterka nowej powieści Colleen Hoover, pt. „Maybe Someday”. Poznajcie zatem sytuację, w której się znalazła.

Sydney właśnie przygotowuje się do świętowania swoich dwudziestych drugich urodzin. Jednakże zamiast góry prezentów otrzymuje od życia cios, który na długo zapamięta. Odkrywa bowiem, że jej chłopak i najlepsza przyjaciółka, z którą dzieli mieszkanie, skrywają przed nią romans. Okazuje się, że sypiali ze sobą od dawna i choć rozumieli, że to nie w porządku, nie potrafili tego przerwać. Zraniona Sydney pakuje się i ucieka. Problem tkwi jednak w tym, że nie ma się gdzie podziać. Ta kwestia zostaje jednak bardzo szybko rozwiązana. Szczęśliwym trafem dziewczyna otrzymuje tymczasową kwaterę w mieszkaniu Ridge’a, chłopaka, który z czasem przestaje być dla niej przypadkowym znajomym. Okazuje się, że Sydney kocha nie tylko tworzoną przez niego muzykę, ale także i jego.  

Ridge, dwudziestoczteroletni chłopak, uczynił gitarę częścią swojego ciała. Komponowana przez niego muzyka, pełna wrażliwości i uczuć, przyciąga Sydney, która przy każdej okazji przysłuchuje się jego występom. Ridge ją zauważa, chociaż ona początkowo nie zdaje sobie z tego sprawy. Kiedy dotyka ją nieszczęście i dziewczyna trafia pod jego dach, pomiędzy nimi tworzy się więź, którą ciężko zbagatelizować. Cóż jednak z tego, gdyż Ridge od pięciu lat tkwi w szczęśliwym związku. Maggie jest dla niego wszystkim – uczynna, pomocna i wyrozumiała. To, co dotąd wydawało się chłopakowi tak proste, bardzo się komplikuje. Wprowadzając Sydney w świat muzyki i zabierając ją na spacer dźwiękami melodii, zastanawia się, czy można kochać dwie osoby równocześnie. Jego życie staje więc do góry nogami, a cała sytuacja z pewnością zrani niejedno ludzkie serce.

Ona – wrażliwa, ufna i zraniona.
On – opiekuńczy, lojalny wobec dziewczyny, starający się postępować w zgodzie z własnym sumieniem.
Kiedy ich dwie dusze znajdują swoją własną rzeczywistość, wszystko wokół na kilka chwil przestaje się liczyć.

Bohaterka książki, zdradzona przez przyjaciółkę i chłopaka, poznając Ridge’a odkrywa, że jej dotychczasowy związek był toksyczną więzią, która tylko ją wyniszczała. Nowo poznany mężczyzna staje się dla niej czymś więcej, aniżeli przyjacielem od muzyki. Sydney zdaje sobie jednak sprawę z tego, że tak naprawdę jej uczucia nigdy nie znajdą ukojenia, ponieważ Ridge ma dziewczynę – Maggie, która oprócz cudownego wyglądu wyposażona jest w prawdziwie anielski charakter. Chłopak, oddany swojej partnerce, nie chce dopuścić do siebie myśli, że mógłby ją skrzywdzić. Każda chwila z nią spędzona jest dla niego niebem. A jednak towarzystwo Sydney sprawia, że Ridge zapomina o całej reszcie. O Maggie, o granicach, których nie można przekraczać, a nawet o tym, że życie pozbawiło go słuchu.
źródło

Bardzo ważnym elementem powieści „Maybe Someday” jest muzyka – jej piękno ukryte w każdej nucie. Chociaż główny bohater nie słyszy, tworzy piosenki, bo czuje ich brzmienie sercem. Sydney, która z czasem pomaga mu wymyślać słowa, okazuje się rozumieć muzykę o wiele głębiej, aniżeli inni. I to właśnie dźwięk staje się dla tych dwojga spoiwem, które tak trudno rozdzielić. Odbierany o wiele głębiej, aniżeli wyłącznie uchem, tworzy intymną więź, której tak naprawdę oboje nieporadnie starają się uniknąć. Czeka ich wiele trudnych wyborów, rozterek, cierpienia i bólu. Czy muzyka pozostanie dla nich jedynym, co ich łączy? Czy odważą się zabrnąć dalej?

Sięgając po książkę „Maybe Someday” miałam spore wymagania. Promocja tej powieści jest tak rozległa, że ów tytuł dotarł już chyba do świadomości każdego czytelnika. Czasami jednak bogata kampania reklamowa nijak ma się do treści, która okazuje się przeciętna. Tutaj jednak tak nie było. Książka jest CUDOWNA. I wiecie co? Znowu odebrano mi zdolność trzeźwego myślenia. Nie wiem co mam napisać, bo mam wrażenie, że żadne z moich słów nie jest w stanie oddać mojego zachwytu. Colleen Hoover stworzyła historię miłości, której nie znalazłam w żadnej innej książce. Nie ma tutaj wielkiego bum, podczas którego ludzie zakochują się w sobie i odtąd wszystko staje się łatwe. Uczucie głównych bohaterów rozkwita powoli i dojrzewa poprzez trudne doświadczenia, a tych nie brak. Pojawiają się chwile niewyobrażalnego napięcia i intymności, które towarzyszą Sydney i Ridge’owi chociaż ci starają się ich unikać. Chłopak ma przecież własne plany i poukładane życie, które dotąd naprawdę przynosiło mu prawdziwe szczęście.
„And if I can’t be yours now
I’ll wait here on this ground
Till you come, till you take me away
Maybe someday
Maybe someday”
Bohaterowie nie chcieli zmian. Obawiali się tego, że rodząca się pomiędzy nimi więź może niewyobrażalnie ich skrzywdzić. Ja nie chciałam przestać czytać. Wręcz nie mogłam. Każda kolejna strona była jak magnes, który nie chciał mnie puścić. Czytałam całą noc. Moja silna wola okazała się niczym w porównaniu z talentem autorki. Do teraz nie potrafię przestać o tym myśleć. Sydney i Ridge nie tylko zyskali moją sympatię. Pokochałam ich. A wykreowane przez panią Hoover sytuacje po prostu roztrzaskały mi serce. Przeżywałam miliony uczuć na minutę. Wzruszałam się, płakałam i śmiałam. W całym moim życiu przeczytałam już setki książek i śmiało mogę powiedzieć, że „Maybe Someday” zyskała swoje miejsce w pierwszej trójce moich ulubionych. To, czego moim zdaniem brakowało w i tak wystarczająco pięknej już powieści „Hopeless”, tutaj się pojawiło. Nie potrafię wypowiedzieć nawet jednego słowa krytyki na temat tej książki. Była doskonała.
„Nie mam najmniejszych wątpliwości, że w innym życiu bylibyśmy dla siebie idealni. To po prostu nasze obecne życie nie jest dla nas idealne.”
Polecam ją każdemu – w szczególności dziewczynom. Nie będę skłaniała Was do tego, by czytać już dłużej moje brednie, bo tym właśnie one są w porównaniu z treścią powieści. Zakończę więc bardzo krótko – nie traćcie szansy na poznanie tej historii, bo jest ona warta każdej wydanej złotówki.

moja ocena: 6/6
ilość stron: 381
wydawnictwo: Otwarte 

poniedziałek, 25 maja 2015

Szybka rozdawajka - czyli mini konkurs z książkami

Moi Kochani,

Z racji, że wciąż wyczekuję zafundowanych przez wydawnictwo egzemplarzy książek do konkursów, chciałam podarować Wam coś z prywatnej kolekcji. Są to akurat takie książki, które sama kiedyś wygrałam. Ich stan jest jednak naprawdę bardzo dobry. Dlatego też organizuję małą "rozdawajkę". Do zdobycia są:

"Tajemnicza historia wampirów" - Claude Lecouteux
Czy ktoś, kto widział dziesiątki filmowych wersji czynów Drakuli i Nosferatu, może jeszcze dowiedzieć się czegoś nowego o tych tajemniczych i przerażających istotach?
Zdecydowanie tak.
Książka prof. Lecouteux zawiera mnóstwo najczęściej nieznanych albo mało znanych faktów dotyczących niezwykle złożonego fenomenu wampiryzmu. Okazuje się na przykład, że ów rodzaj wampira znany nam z literatury i filmu jest tylko jednym z wielu. Również sposoby zgładzenia tych potworów nie ograniczają się do czosnku i osikowego kołka. Autor przedstawia rozległy i spójny obraz mitu wampira, rozpoczynając od antropologicznej analizy wierzeń związanych ze śmiercią, by następnie opisać życie zmarłych według różnych legend, wierzeń i podań. Czytelnik, wędrując po całej Europie, poznaje m.in. "pożeraczy", "dusicieli" oraz inne demoniczne monstra; granica pomiędzy wampirami a wilkołakami, strzygami - a nawet czarownicami - była nader płynna. Daleko liczniejsze niż te powszechnie znane były też oznaki wskazujące, że ktoś po śmierci na pewno stanie się wampirem...

"Martyna" - Janusz Leon Wiśniewski
Najpierw były trzy opowiadania, zawsze urywane w najciekawszym momencie, urywane po to, by, potem tysiące internautów przystąpiło do pisania dalszego ciągu. I tak powstała Martyna – wynik konkursu, plon pracy wybitnego pisarza i internautów. Martyna to młoda dziewczyna, której wreszcie udało się wydostać spod opiekuńczych skrzydeł rodziny i rozpocząć życie na swój rachunek, która rozpoczęła studia w wielkim mieście, gdzie nie tylko zetknęła z nowym stylem życia, ale też z nowymi problemami i nieznanymi dotąd stronami swojej osobowości. Martyna to także dowód na to, że współcześni młodzi ludzie potrafią i chcą znaleźć czas na coś, co wyrasta ponad przeciętność.

(źródło opisów: Lubimy czytać)

  • Mój mini konkurs trwa od dziś, tj. 25.05.2015 i zostanie zakończony dokładnie 1.06.2015
  • By wygrać, należy w komentarzu pod tym postem wpisać "Zgłaszam się", podać wybrany tytuł oraz pozostawić swojego e-maila.
  • Spośród wszystkich zgłoszeń rozlosuję nagrody do trzech dni od zakończenia konkursu i jak najszybciej opublikuję wyniki. Obserwatorzy bloga będą mieli podwójną szansę.
Powodzenia ;-)

niedziela, 24 maja 2015

"Książka pod tytułem. Tom 2" - Robert Trojanowski

 
 
Wstęp, paręnaście działów, epilog – tak w większości wygląda budowa zwykłej książki. Bohaterowie, narrator, fabuła  to elementy składowe, bez których ciężko byłoby mówić o jakimkolwiek czytaniu. Pojawiają się nowe pomysły na akcję, ciekawe idee dotyczące zakończenia czy też oryginalne kreacje postaci. Literatura potrafi nas jeszcze zaskoczyć, chociaż na jej temat wiemy już wszystko… A może nam się tak tylko wydaje?
Wyobraźcie sobie książkę, która pomimo braku fabuły, umie przekazać całą swoją treść. Co byście zrobili, gdyby poszczególne wskazówki zachęcały Was do tego, by po kolei niszczyć kolejne kartki? Mało tego, co powiecie na książkę, która nie ma tytułu. Nie posiada go, bo to Wam przypada zaszczyt  jego wymyślenia.
Czy chcielibyście w nią zagrać? No właśnie – nie przeczytać, lecz zagrać. Jeżeli nie wiedzieliście o tym, że książka nie zawsze służy do czytania, macie dowód na to, że autorzy jeszcze wciąż mają moc osłupiania. Tym razem i ja miałam okazję przekonać się o tym, że literatura potrafi naprawdę nas zabawić, angażując nie tylko nasze oko, ale także i ręce. Macie ochotę dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej? Zobaczcie co przygotował dla Was Robert Trojanowski w drugim tomie Książki pod tytułem.

Już sama okładka jest zapowiedzią czegoś nietypowego. Nie znajdziemy tutaj nazwiska autora czy też, co więcej, tytułu książki. Jest zaś miejsce na to, by wpisać tam własne imię i wymyśloną przez siebie nazwę wyjątkowego egzemplarza. Nieczęsto jest okazja ku temu, by współtworzyć literaturę. Odbiorca najczęściej pozostaje biernym czytelnikiem wchłaniając to, co serwuje mu „nadawca”. Tym razem jest całkiem inaczej. Robert Trojanowski umożliwia właścicielowi drugiego tomu Książki pod tytułem udział w procesie tworzenia oryginalnego dzieła. Dzięki pomysłowym wskazówkom można przeżyć przygodę wypełniającą potrzebę rozrywki w pochmurne, deszczowe dni.

„Wytnij i doklej książce skrzydła”,  „Stwórz wiersz. Dopisz słowa”, „Odbij palmę” czy też „Zaprojektuj własny znak drogowy” to tylko kropla w morzu poleceń, które spotkacie zanurzając się w szeleście kartek Książki pod tytułem. Będziecie mieli tutaj okazję użyć kredek, długopisów, nożyczek oraz przede wszystkim własnego umysłu. Popracujecie sami, ale do zabawy możecie zaprosić także przyjaciół. Niektóre wyzwania wręcz wymagają towarzystwa innych, a pamiętajcie, że by w móc w pełni „zaliczyć” tę książkę, trzeba wykonać wszystkie polecenia. Tylko tutaj napiszecie list do samego siebie, stworzycie własny układ planetarny , wymyślicie sensacyjne tytuły w gazetach czy też wykonacie zadanie stojąc na jednej nodze i nikt nie uzna Was z ograniczonych umysłowo. Bo z tą książką konieczne jest wyzbycie się uprzedzeń i „sztywności”, zastępując to odrobiną szaleństwa i kreatywnością.

„Książka pod tytułem. Tom 2” to całkiem ciekawy eksperyment, który w ciągu kilku chwil uczyni z Was dziennikarzy, malarzy, projektantów mody, fryzjerów, poetów czy odkrywców. A by móc poczuć smak przygody, wystarczy wyposażyć się w podstawowe przybory – kredki, długopis, nożyczki i pozytywne nastawienie.

Robert Trojanowski serwuje nam innowacyjny sposób na pozbycie się towarzyszącego nam stresu. Pośród całego dnia pełnego „poważnych” obowiązków, warto czasami zrobić coś „głupkowatego”. Ta książka to dobry pomysł dla dziecka, młodzieży, ale i dorosłych. W każdym z nas tkwi przecież skrywany element niewinnego małolata i od czasu do czasu należy go uwolnić.  Najlepsze jest jednak to, że w drugi tom Książki pod tytułem może zaangażować się cała rodzina, a kreatywnie i pomysłowo spędzony czas z najbliższymi to bezcenny dar, który dziś nieraz okazuje się pożądaną rzadkością.

Jeżeli jesteście tradycjonalistami z niezmiennymi od lat zasadami, jeśli nigdy nie bylibyście w stanie popisać po kartkach żadnej książki – to nie propozycja dla Was. Jednakże ci, którzy poszukują oryginalności i oczekują od literatury rozrywki, w dosadnym tego słowa znaczeniu, znajdą tutaj to, na co długo czekali. „Książka pod tytułem. Tom 2” to jeszcze lepszy i jeszcze bardziej szalony krewniak tytułu „Zniszcz ten dziennik”. I chociaż ja należę raczej do tej grupy, która nie dopuszcza nawet do najmniejszego zabrudzenia książki, czuję pokusę zaangażowania się w tę zabawę. Zobaczymy, może wkrótce się skuszę. A Wy – nie przepuście okazji do odrobiny rozrywki, jeżeli będziecie w stanie zaakceptować taką jej odmianę. 

wydawnictwo: Kaktus
rok wydania: 2015
ilość stron: 224

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Kaktus.