piątek, 21 lutego 2014

"Mroczny sekret" - Marina Anderson

 

„Mroczny sekret” to jedna z tych książek, które zdominowały gusta pań po pojawieniu się Greya. Każdy więc mniej więcej wie, czego się w treści takowej lektury może spodziewać. Jedne powieści erotyczne są jednakowoż mniej, inne zaś bardziej bogate w pikantne sceny. W tym wypadku, niewątpliwie nikomu ich nie zabraknie…

Dwudziesto trzy letnia Harriet, kobieta z poukładanym życiem, dobrą pracą i narzeczonym, zdaje sobie nagle sprawę, że oczekuje do życia czegoś więcej. Brak namiętności, rutyna i przewidywalny bieg wydarzeń, męczą ją do tego stopnia, że dziewczyna decyduje się wszystko zmienić. Pozostawia więc w tyle swoją przeszłość i szykuje się na coś zupełnie nowego. Pewnego dnia, przypadkowo odpowiada na ogłoszenie o pracy, gdzie poszukiwana jest asystentka filmowej gwiazdy. Szczęśliwym trafem, zgłoszenie dziewczyny zostaje przyjęte, zaś ową gwiazdą okazuje się słynna i piękna Rowena. Młoda Harriet nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, co będzie należało do jej obowiązków. Z czasem uświadamia sobie, że rola asystentki mocno wiąże ją z całą rodziną gwiazdy i to w bardzo nietypowy sposób. Dziewczyna wpisana w scenariusz życia erotycznego Roweny, jej męża i brata, poznaje życie, jakiego dotąd nie mogła sobie wyobrazić, zaś liczne doznania, wyzwalają u niej coraz dziksze namiętności…

„Mroczny sekret” to książka, która zyskuje sobie licznych fanów dzięki temu, że sceny erotyczne są napisane całkiem dobrze, a ich ilość jest w stanie zaspokoić potrzeby najbardziej wymagających kobiet. To wszystko dzieje się jednak kosztem fabuły, która jest niezbyt poruszająca i udekorowana w interesujące wydarzenia. Każdy rozdział wygląda podobnie, a w opisywanych aktach zmieniają się po prostu postacie oraz sposób, w jaki wszystko się odbywa.
Owa powieść jest czymś trafionym dla tych pań, które mają już dosyć obrazu niewinnego „Kopciuszka”, który przypadkiem trafia w ręce „księcia” milionera. Tutaj wszystko wygląda inaczej. Taka odmiana dla wielu osób może być czymś pozytywnym. Stąd też książka zyskuje dosyć wysokie noty wśród czytelników.

Dzieło Mariny Anderson u jednych wzbudza podziw, zaś u innych niesmak. Jedni mogą czuć się usatysfakcjonowani, inni wręcz przeciwnie. Skrajne emocje wzbudza między innymi dość nietypowy wątek, dotyczący kazirodczych stosunków filmowej gwiazdy z bratem. Spora część kobiet nie tego oczekuje sięgając po erotyczne powieści, aczkolwiek z pewnością są i takie, dla których takowa odmiana może być interesującym i nietuzinkowym tematem.

„Mroczny sekret” to książka łatwa w odbiorze. Nieskomplikowany język, wystarczająco jasne opisy i brak zawiłości. Plusem jest także jej lekka waga, a więc można ją zabrać wszędzie. To lektura na dwa wieczory. Nie szokuje ilością stron, a dobrze widoczna, odpowiedniej wielkości czcionka sprawia, że kolejne kartki pochłania się bardzo szybko.

Książkę polecam kobietom znudzonym typowymi scenariuszami książkowymi, których ostatnio wokół pełno. Tutaj z pewnością można nasycić się wieloma pikantnymi szczegółami, które często bywają kontrowersyjne i szokujące. Rozczarować zaś mogą się te panie, które przywykły do modelu niewinnej dziewczyny zakochującej się w bogatym i doświadczonym mężczyźnie, oczekujące nie tyle pikanterii, ile scenariusza o rozkwitającej, pełnej namiętności miłości.

Moja ocena – 3/5

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję twórczyniom bloga - http://heaven-for-readers.blogspot.com.

środa, 19 lutego 2014

"Wiedeńska gra" - Carla Montero

 

„Wiedeńska gra” była moją wygraną w konkursie. Dzielnie o nią walczyłam, a więc wiadomość o zwycięstwie bardzo mnie ucieszyła. Tym bardziej, że „Szmaragdowa tablica”, tej samej autorki, to jedna z moich ulubionych powieści.

Książki Carli Montero mają w sobie niesamowity urok. Ta nietypowa okładka, która za każdym razem przedstawia tajemniczą kobietę, niczym z minionej epoki. Byłam więc przekonana, że „Wiedeńska gra” będzie tak samo doskonała, jak wspomniana wcześniej inna powieść pani Montero.

Główna bohaterka, Hiszpanka Isabel, przyjeżdża do Austrii, aby zamieszkać wraz z ciotką. Po tragicznych wydarzeniach, kiedy to dziewczyna straciła rodziców oraz poczuła gorycz po odrzuceniu przez narzeczonego, Isabel znajduje pomoc u austriackiej rodziny. Ciotka dziewczyny, to arystokratka mająca względy u samego cesarza. Odtąd młoda Hiszpanka będzie więc obracać się w wybornym i bardzo tajemniczym kręgu ludzi. Nieco odmienna uroda Isabel wzbudza zachwyt u wielu mężczyzn, którzy zaczynają starać się o jej względy. Kogo jednak wybierze dziewczyna, kiedy z czasem sama gubi się w swoich uczuciach? Jej życie w Austrii nie będzie więc nudne, zaś sporo emocji dostarcza także odkrycie niezwykłego tunelu, na końcu którego odbywają się spotkania dziwnej sekty. Nocą, dziewczyna ukradkiem wymyka się ze swojego pokoju po to, aby obserwować nietypowe obrady ludzi w maskach. Kim oni są?

Carla Montero stworzyła powieść, którą ciężko mi zaklasyfikować do jakieś kategorii. Wątki historyczne, odrobina romansu i kryminału – jeden wielki mix, który moim zdaniem, raczej nie może zbytnio zaimponować. Niestety…. Przyznaję to z ciężkim sercem, ale tym razem pani Montero mnie rozczarowała. Po pierwsze, książka zawiera zbyt dużą ilość opisów dotyczących rodów, miejsc czy też wydarzeń historycznych. To naprawdę nudzi i uważam, że raczej niczego w treść nie wnosi. Przez sporą część książki nie miałam w ogóle pojęcia, o co chodzi. Wstęp nie zachęca, a wręcz przeciwnie. Kilka razy myślałam, że odłożę książkę na półkę i już do niej nie wrócę. Długo czekałam, aż wydarzy się coś ciekawego. Z czasem wszystko zaczęło nabierać sensu, ale naprawdę wymagało to cierpliwości. Druga połowa książki jest więc nieco lepsza, ponieważ pojawia się w niej kilka zagadkowych wydarzeń, które mogą wywołać nutkę zainteresowania.
Po drugie, wszystkie postacie są sztuczne. Zachowanie Isabel i mężczyzn niejednokrotnie można przewidzieć, a wszystko odbywa się jakoś tak sztywno. Dialogi bohaterów często nie wnoszą niczego nowego, a są jakby przeciąganiem całej akcji. Co do przedstawienia płci męskiej, w tejże powieści, ma się wrażenie, że wszystkim zależy na tym samym. Pojawia się Isabel i akurat wzbudza pożądanie u każdego, pomimo tego, że nie jest ideałem piękności. To dziwne. Rozumiem, że często dwóch panów rywalizuje o tą samą kobietę, ale cała chmara? Jak gdyby nigdy nie mieli kontaktu z płcią żeńską.
Nie podobała mi się forma narracji. Raz pojawia się relacja ze strony jakiegoś mężczyzny, a raz kobiety. Początkowo główkowałam, kim jest ów narrator. Z czasem oczywiście się zorientowałam, ale przez pewien czas bardzo mnie to męczyło.

Nie będę się dłużej rozpisywać na ten temat. Powiem krótko, że tak, jak Szmaragdową tablicę poleciłabym każdemu, tak z mojej strony rekomendacji dotyczącej  Wiedeńskiej gry, nikt nie usłyszy. Być może ta powieść wymaga większego skupienia, być może moje oczekiwania okazały się zbyt wygórowane… Nie wiem. Ale takie jest moje zdanie i na tym zakończę.

Moja ocena – 2,5/5

wtorek, 18 lutego 2014

"Motylek" Katarzyna Puzyńska

 

Motylek – istota jakże niewinna i krucha. Wdawałoby się, że wprost emanuje czystością. Ale czy człowiek może być pewien tego, że każdy motyl jest dobry?
Mając przed sobą tytuł książki, zawierający zdrobnioną nazwę tegoż popularnego owada, umysł czytelnika mógłby nieco zbłądzić, kierując się w stronę skojarzeń z piękną baśnią. Bowiem „Motylek” Katarzyny Puzyńskiej to nie beztroska, utkana w piękne słowa lekturka dla dzieci. To kryminał, bogaty w wydarzenia daleko odbiegające od pięknej bajki. Zaś po jego przeczytaniu sami stwierdzicie, że motyl to nie zawsze uosobienie czystości…

W małej wiosce, w której życie mieszkańców przebiega dotąd beztrosko, dzieje się coś, co przełamuje monotonny bieg wydarzeń. Na drodze zostaje odnaleziona potrącona zakonnica. Policja wszczyna śledztwo mające na celu dotarcie do człowieka, który uciekł z miejsca wypadku. Sprawę utrudnia fakt, że pomimo tego, iż w wiosce wszyscy się znają, zabita kobieta nie jest nikomu znana. Na szlaku poszukiwań pojawia się mało odkryć, zaś przybywa coraz więcej znaków zapytania i komplikacji. Okazuje się bowiem, że zakonnica nie była ofiarą zwykłego wypadku drogowego. Została zamordowana z całkowitą premedytacją. Policja musi się spieszyć, bo nigdy nie wiadomo, co jeszcze roi się w planach zabójcy.

Kryminał Katarzyny Puzyńskiej, od początku do końca opiera się na jednym, głównym wątku. Jego celem jest rozwiązanie skomplikowanej zagadki. Kto zabił zakonnicę? Kim była? Czy zrobił to ktoś z mieszkańców małej wsi? Do gry wkraczają idealnie wykreowane postacie policjantów, z których każdy jest wyraźnie inny, aczkolwiek razem tworzą całkiem ciekawy i zgrany zespół, pod kierownictwem Daniela Podgórskiego. Czytelnikowi, perspektywa rozpatrywania jednego śledztwa przez całą książkę, może wydawać się niezbyt ciekawa. Nie w tym wypadku. Cała treść została bowiem przyozdobiona ornamentem interesujących wątków pobocznych, zaś książkowy zabójca zadba o to, aby czytelnik na każdym kroku czuł się niepewny i zdezorientowany.

„Motylek” to doskonałe odzwierciedlenie życia na wsi. Nieustanne plotki, nadmierne interesowanie się mieszkańców losem sąsiadów, czy też i panująca dookoła cisza. Cisza, która w tym wypadku bywa wymowna i gdyby tylko umiała, miałaby wiele do powiedzenia. Książka ta ukazuje, że wiejskie życie wcale nie musi być takie nudne. Wręcz przeciwnie. Zaś ludzie, którzy z pozoru dobrze się znają, tak naprawdę nie wiedzą o sobie nic. Często bywa tak, że to ci, którzy wzbudzają największe emocje, nie mają w zanadrzu nic interesującego. Najgorsi są jednak tacy, o których zbytnio się nie mówi. Katarzyna Puzyńska pokazuje skomplikowaną naturę ludzką. Każdy człowiek popełnia błędy. Niektóre z nich, nierozpatrzone i starannie ukryte, mogą z czasem wyjść na jaw ze znacznie większą siłą, a ich konsekwencje mogą zostać wzmocnione.

W Motylku pojawiają się ludzie dbający o swoich bliskich, ale i tacy, którzy mają rodziny tylko na pokaz, bo tak po prostu wypada. Czytelnik spotyka kobiety mniej i bardziej zadbane, otwarte na świat, ale i skryte w sobie. Pomimo tych różnic charakterów, człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że taka jest właśnie prawda. To właśnie tacy ludzie, różni od siebie, nas otaczają. I nikt z nas nie może do końca być pewnym tego, kim są osoby mieszkające wokół nas. Być może niejedna z nich skrywa tajemnice, o których aż boimy się pomyśleć.
Pikanterii dodają książce liczne romanse ukazujące to, jak słaba jest ludzka natura i jak wiele można zapłacić za jeden, niewinny wyskok. Warto pamiętać o tym, że to, co nieraz tak długo się buduje, może zostać zniszczone w jedną chwilę.
Nader wszystko, zastanawiająca jest ludzka ciekawość, która przedstawiona w książce, doskonale odnajdywana jest w realnym świecie. W Motylku pojawia się wątek dotyczący wiejskiego bloga, którego autor nie jest znany. Pomimo licznych, nieraz bardzo kontrowersyjnych wpisów, nikt nie neguje istnienia owej strony internetowej, ponieważ każdy jest zainteresowany tym, cóż ciekawego może się na niej ukazać.

Autorka Motylka, w bardzo ciekawy i skrupulatny sposób, rozegrała całą akcję. Wszystkie wydarzenia, pomimo tego, że nieraz bardzo skomplikowane, w końcu łączą się w logiczną całość i niczym puzzle, dają wyraźny obraz, który może naprawdę szokować. Czytelnik błądzi w swoich obmyśleniach i nieraz wydaje się, że łapie dobry trop, kiedy nagle wszystkie domysły legną w gruzach. A pani Katarzyna potrafi zmylić i to jeszcze jak! Ostatecznie, po namiętnym prześledzeniu wszystkich stron, wybałuszamy oczy twierdząc, że to nie możliwe, jak wszystko doskonale zostało rozegrane. Wodzeni za nos czujemy satysfakcję, że zło zostało ukarane, pomimo tego, że tak długo sami nie wpadliśmy na trop prawdziwego zabójcy.

Książkę polecam wszystkim wielbicielom główkowania. Dla tych, którzy lubią zanurzyć nos w pachnącym księgarnią kryminale mam taką radę, aby nie sugerować się tym, że „Motylek” jest debiutem powieściowym autorki. Z debiutami bywa różnie. Jedne są mniej, inne bardziej udane, ale zawsze przymyka się na to oko, ponieważ wiadomo, jak to bywa za pierwszym razem. „Kolejny z pewnością będzie lepszy”. W tym wypadku absolutnie nie można odczuć tego, że to pierwsza książka Katarzyny Puzyńskiej. Jej warsztat literacki i doświadczenie wydają się oszlifowane niczym doskonały brylant, który wiadomo, iż potrzebuje czasu, aby móc zabłyszczeć. Ja z całą szczerością mogę przyznać, że nie dopatrzyłam się żadnej skazy. A przyznam, że kiedy brałam do rąk to ponad sześciuset stronicowe tomisko, miałam pewne obawy. Wystarczyły trzy dni, stos zalegającego prasowania, zakurzone półki i nie do końca dobrze zaplanowane obiady…  Ale co tam! W tym momencie ważniejsza była treść Motylka, która królowała ponad domowymi obowiązkami.
Apeluję także do wielbicieli kryminalnych filmów. Czy myślicie, że tylko to, co widziane na ekranie, może być emocjonujące? Gwarantuję, że „Motylek” to wywoływacz emocji, które z pewnością będą się odzywać zarówno podczas czytania książki, jak i po jej zakończeniu.

Ostatnimi czasy sporo mówi się o popularnych, skandynawskich autorach kryminałów. Wychwalani pod niebiosa, owszem, mają talent. Mam jednak nadzieję, że ludzie ze Szwecji, Norwegii czy też i Danii już wkrótce będą mówić także o polskich pisarzach, bo z całą pewnością mogę powiedzieć, że pani Katarzyna Puzyńska na to zasługuje, a stworzona przez nią książka w niczym nie ustępuje znanym thrillerom. „Motylek” powinien zamknąć usta wszystkim krytykom, którzy nieraz wypowiadają się na łamach stron internetowych o tym, że polskie książki są mało ciekawe. Chcąc tak mówić, najpierw należy zapoznać się z treścią książki Katarzyny Puzyńskiej.

Na koniec, autorka wraz z wydawnictwem, częstują nas informacją, że w przygotowaniu znajduje się kolejna książka opowiadająca o przygodach policjanta Daniela Podgórskiego. Kiedy się ukaże, nie zawaham się w nią zainwestować, ponieważ wierzę, że będzie tak dobra, jak „Motylek”.

Motylku szary, barw pozbawiony,
Czy czujesz się może upokorzony?
Gdy widzisz wciąż twoich kolorowych braci,
Co czyści, niewinni, w piękno bogaci?
A ty chociaż szukasz tropów lepszej drogi,
Wciąż ją zatracasz, bo świat jest ci wrogi.
Bo wciąż jako zły bywasz widziany,
Z natury złośliwej jesteś już przegrany.
Ćmo szarobura przeklęta jak trotyl.
Pamiętaj jednak, żeś także jest motyl…

Moja ocena – 5/5

Książkę wygrałam na FP „Lubię Czytać” w konkursie patronackim z wydawnictwem Prószyński, za co bardzo serdecznie dziękuję.

sobota, 15 lutego 2014

"Handlarz ksiąg przeklętych" - Marcello Simoni

 

„Handlarz ksiąg przeklętych” trafił w moje ręce całkiem przypadkiem. Pewnego razu, na jednej ze stron księgarni internetowych, mój wzrok przyciągnęła okładka tej książki. Zapisałam sobie jej tytuł na mojej liście pozycji, które chcę zakupić. Wkrótce jednak sprezentowali mi ją moi kochani rodzice. 

Na okładce tejże książki dostrzegłam napis głoszący, że jest to doskonała intryga dla wielbicieli Imienia Róży Umberta Eco. Niestety to bardzo mnie rozczarowało, ponieważ ów autor zniechęcił mnie do siebie swoją książką „Cmentarz w Pradze”. Nie wiem jak inne jego dzieła, ale czytanie tegoż było dla mnie męką.  I tutaj okazało się, że po przeczytaniu kilku stron Handlarza ksiąg przeklętych, książka zapowiada się całkiem ciekawie. Jej treść tak mnie pochłonęła, że nawet się nie zorientowałam, kiedy dotarłam do końca.
Akcja powieści toczy się po roku 1200. Pewnego dnia, zakonnik Vivien z Narbonne postanawia uciec, ponieważ orientuje, że jest śledzony przez tajemniczych ludzi w dziwnych maskach. Oczywiście ojciec Vivien domyśla się przyczyny bycia obserwowanym. W jego rękach znajduje się bowiem niezwykła i cenna rzecz, o niewyobrażalnej mocy. Rozpoczyna się pościg, w którym ojciec Vivien woli umrzeć, aniżeli dać się złapać. Stacza się więc ze skał i ginie…

Kilkanaście lat później, Ignacio z Toledo – handlarz relikwiami, zostaje wezwany przez pewnego znanego szlachcica, który prosi go o zdobycie niezwykłej księgi „Uter Ventorum”. Podobno owa księga przekracza wyobrażenie niejednego człowieka. Ma bowiem moc przywoływania aniołów. Nieprzekonany do końca handlarz podejmuje się jednak wyzwania, ponieważ okazuje się, że księgę posiada niejaki Vivien z Narbonne – jego przyjaciel z dawnych lat, z którym kontakt urwał się, gdyż powiadano, że ów mężczyzna zginął. Czy zatem żyje? A może ktoś się pod niego podszywa? Jeżeli jednak tak, to jaki ma cel?
Podróż, w jaką wybiera się Ignacio, nie jest prosta. Zawiłe tajemnice, symbole, których rozwiązanie wymaga ogromnej wiedzy, ale nieraz i ogromnego ryzyka. Dodatkowo okazuje się, że chętnych do zdobycia księgi jest o wiele więcej. Są między nimi tacy, którzy nie cofną się przed niczym, zaś swój cel osiągają nawet kosztem życia innych…

Czy „Uter Ventorum” naprawdę istnieje? Czy Vivien z Narbonne faktycznie żyje? Kto jeszcze pragnie zdobyć tajemną moc z pożądanej księgi? I wreszcie, jak zakończy się długa wędrówka Ignacia z Toledo? Bardzo zachęcam do poznania odpowiedzi na te pytania.

„Handlarz ksiąg przeklętych” to powieść utrzymana w niesamowitym klimacie. Styl Marcello Simoni, jego wyobraźnia, umiejętne kreowanie bohaterów i akcji oraz zdolność wprowadzania tajemniczych przedmiotów w całą treść książki – w niczym nie ustępują talentom najwybitniejszych i najbardziej znanych pisarzy. Człowiek, o którym słyszałam po raz pierwszy, przez długi czas pozostanie na mojej liście ulubionych autorów. 

Akcja powieści nie jest zawiła, ale napotykamy w niej tyle ciekawych wydarzeń, że nie w sposób się nudzić. Z każdą kolejną stroną, czytelnik staje się ciekawszy i pragnie brnąć dalej w treść, aby poznać całą tajemnicę książki. Odległe czasy średniowiecza są dla nas innym światem, co zostało doskonale odzwierciedlone. Długie podróże związane z brakiem pojazdów, brak możliwości szybkiego komunikowania się czy też walka za pomocą ostrza, która była sprawiedliwa, bo pozwalała wygrać temu, który był lepszy. Simoni pozwolił mi przenieść się w epokę pozbawioną wielu przedmiotów, bez których my, współcześni ludzie, często nie wyobrażamy sobie życia. Mogłam odtworzyć sobie w głowie klimat panujący w tamtych czasach, kiedy to strach o własne życie towarzyszył ludziom nieustannie. Cóż to więcej mówić – naprawdę zachęcam do przeczytania. 

Myślę, że odtąd to na książkach Umberto Eco powinno widnieć nazwisko Simoni, jako forma reklamy i zachęcenia do przeczytania, bo ten autor ustawił poprzeczkę naprawdę bardzo wysoko. 

Lekturę polecam wszystkim wielbicielom thrillerów historycznych, zagadek wymagających czasu i cierpliwości oraz fanom takich książek jak „Kod da Vinci”, „Inferno” czy nawet „Szmaragdowa tablica”. 

Moja ocena – 5/5

środa, 12 lutego 2014

"Czarny Książę" - Katarzyna Michalak

 

Jakiś czas temu pojawiła się stworzona przez wydawnictwo Filia, „Seria z tulipanem”, przeznaczona dla dorosłych kobiet.  Rozpoczęła ją powieść Katarzyny Michalak, zatytułowana „Mistrz”. Takowa książka, pomimo niezbyt wymarzonego zakończenia, bardzo przypadła mi do gustu. Właśnie takie powieści przekonują, że mamy w Polsce naprawdę dobrych pisarzy. Ostatnimi czasy dopadły nas wieści, że pani Michalak napisała kolejną książkę dla wspomnianej powyżej serii.  „Czarny Książę” – bo taki jest jej tytuł, przykuł więc uwagę wielu zwolenniczek „Mistrza” oraz powieści typu „Grey”.
A że streszczenie książki ukazuje, iż jest to mieszanka kryminału i romansu, mającego dodatkowo miejsce w nieco odległych już czasach, to także moje apetyty na tę książkę, zostały pobudzone.

Zastraszone Miasto emanuje grozą. Ludzie po zmierzchu obawiają się o własne życie, ponieważ po ulicach grasuje morderca, którego ofiarą padają młode kobiety. Wszystkie giną od precyzyjnego ciosu sztyletem w gardło. Żadna nie może być pewna tego, czy dożyje kolejnego dnia, bo ofiarą może być każda. Morderca zaś pozostaje nieuchwytny, co spędza sen z powiek inspektorowi Paulowi de Bries. Śledztwo wciąż nie dostarcza dostatecznie silnych tropów, a tylko kwestią paru dni jest pojawienie się nowego, martwego ciała.
W końcu jedną z podejrzanych osób zostaje Maksymilian Romanow, najbogatszy i najbardziej potężny mężczyzna ze znanego rodu. Czarny Książę, bo tak jest nazywany, jest marzeniem wielu miejscowych kobiet, które zrobiłyby wszystko, aby tylko zostać żoną tegoż bogacza. Nieprzeciętna uroda, majątek i niebezpieczne zagrywki to coś, z czego Maksymilian jest znany. Aczkolwiek inspektor de Bries nie ma dostatecznych dowodów na to, aby obarczyć Czarnego Księcia winą za wszystkie morderstwa. Sprawa jest trudna, gdyż Maksymilian Romanow oraz Paul de Bries byli dotąd wiernymi przyjaciółmi. Mało tego, dodatkowych komplikacji dostarcza pojawienie się w miasteczku pięknej i niewinnej Konstancji, która zostaje oddana nieznośnej ciotce, aby spłacić ojcowskie długi. Wspomniani przed chwilą, zaprzyjaźnieni mężczyźni zakochują się w niej, a wiadomo, że kobieta może być przeznaczona tylko jednemu…
Kto jest mordercą? Ile osób musi jeszcze zginąć, zanim takowy zostanie uchwycony i czy w ogóle uda się go pojmać? Czy przyjaźń mężczyzn przetrwa? I w końcu, kto dostanie Konstancję? Na te pytania musicie sobie odpowiedzieć sami, a najłatwiejszym sposobem jest oczywiście przeczytanie książki.

Akcja powieści rozgrywa się w czasach, kiedy to kobiety noszą opinające ciało gorsety, a mężczyźni swoje spory rozwiązują za pomocą pojedynku pistoletów. Klimat tamtych lat jest wyczuwalny pomimo tego, że nie ma tutaj rozczulających się na ten temat opisów.
Pojawia się nuta niebezpieczeństwa i niepewności. Jest ciekawie, a czytelnik sam może przekonać się, czy ma dobre przeczucie co do mordercy. Jak to w serii „Tylko dla dorosłych”, można spotkać opisy scen erotycznych, które jednak nie są rozległe i nad wyraz częste. Wszystko jest więc umiarkowane i zrobione ze smakiem.
Pomimo bardzo ciekawego pomysłu na książkę i niesamowitego klimatu, pierwsza połowa książki była dla mnie lepsza, aniżeli druga, a to niestety nie pływa korzystnie na jej ocenę. Nie znaczy to, że spadło moje zainteresowanie treścią. Przez cały czas byłam ciekawa, jak zakończy się ta cała historia. Chodzi o to, że bieg wydarzeń stawał się coraz mniej prawdopodobny. Z czasem miałam wrażenie, że to wszystko zostało przesadzone i gdyby akcja potoczyła się inaczej, mogłaby być o wiele bardziej intrygująca. Niezbyt podobała mi się przemiana głównej bohaterki – Konstancji, aczkolwiek to nie ja pisałam tę książkę i to nie mi wolno decydować o tym, co się w niej powinno dziać. Mogę jednak przedstawić swoją opinię, a więc właśnie to robię. Niezbyt udane jest także samo zakończenie. Ma się wrażenie pustki i takiej nicości, a przecież po przeczytaniu książki powinniśmy nią być albo zniesmaczeni, albo wręcz przeciwnie – oczarowani.

Język, jakim została napisana książka sprawił, że czytało się ją szybko. Jest to lektura, z którą ja nie spędziłam długich nocy, ponieważ ciekawa tego, co będzie dalej, pochłonęłam ją w niecałe trzy dni, a nie miałam zbyt dużej ilości czasu na czytanie.  

Mimo wszystko, polecam, bo jest to niewątpliwie coś innego. Tym razem chcąc przeczytać coś pikantnego, możemy oderwać się od wizji nowoczesnych biurowców, bogatych właścicieli firm czy też mężczyzn współpracujących z mafią. W tej książce panuje inny świat.
Ostrzegam jednak, że ja w trakcie czytania się rozczarowałam, bo bieg wydarzeń podążył w takim kierunku, że z pewnością nie wymarzyłam sobie takiej akcji sięgając po tę książkę.

Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii. Ja zdecydowanie opowiem się za „Mistrzem”, bo uważam, że ta część Serii z tulipanem była o wiele bardziej udana.

Moja ocena – 3/5