piątek, 25 lipca 2014

"Historia pewnej dziewczyny" - Lindsey Kelk

 
Czas wakacji i lata to okres, w którym ludziom przydarzają się chwile niezapomniane, które pozostawiają po sobie wspomnienia i historie, zapisujące się na kartach życia do samego końca jego trwania. Chwile urlopu powinny być przesycone wrażeniami i przyjemnościami, ponieważ warto korzystać z szans, jakie daje nam los. Trzeba jednak pamiętać o relaksie – o tym, aby usiąść i odpocząć. A co może zagwarantować lepsze samopoczucie aniżeli wylegiwanie się na słońcu z prawdziwie wakacyjną książką? W tymże momencie chciałam więc wspomnieć o rewelacyjnej, typowo kobiecej powieści autorstwa Lindsey Kelk. Poznajcie Historię pewnej dziewczyny i zaplanujcie sobie sporo wolnego czasu, bo takowa porwie Was na jakiś czas i ciężko będzie się uwolnić…

Tess Brookes prowadzi bardzo udane życie. Dobrze płatna praca, mężczyzna i liczne plany nie pozwalają jej na nudę. Tak dowartościowana i zadowolona kobieta nie może myśleć negatywnie, bo niby dlaczego. Skoro ma wszystko poukładane, to nic złego nie może się wydarzyć. Jednakże los bywa przewrotny i jednym z jego ulubionych czynności jest sianie zamętu. Tym razem wskazał palcem na biedną Tess, która nagle z samego szczytu spada na samo dno. Pewnego dnia okazuje się, że kobieta traci pracę i zostaje bez grosza przy duszy. Taka informacja potrafi zdołować nawet największego optymistę. To jednak jeszcze nie wszystko. Komplikują się także jej miłosne i rodzinne relacje, wynikiem czego główna bohaterka nie może liczyć na wsparcie. Tego typu zmiany wywołują w ludziach skrajne emocje. Ważne jednak, aby trzeźwo myśleć i potrafić uknuć jakiś sensowny plan na wyjście z opresji. Czy jest to jednak takie łatwe? Tess Brookes, która nieraz najpierw zadziała, a dopiero potem pomyśli, korzysta z okazji, kiedy to zostaje pomylona przez telefon ze swoją współlokatorką Vanessą.  Każdy przeciętny człowiek, w takim przypadku, poinformowałby o zaistniałej pomyłce. Tess jednak kradnie tożsamość nieobecnej koleżanki, wynikiem czego wyjeżdża w podróż, która zmieni jej życie na zawsze. Czy jednak funkcjonowanie z nie swoją osobowością jest takie proste? Kłamstwa prędzej czy później wychodzą na jaw. Najgorzej wtedy, kiedy nieświadomy konsekwencji człowiek zabrnie w tym wszystkim za daleko. A jak poradzi sobie nierozgarnięta i szalona Tess? Czy nowe otoczenie i nowi ludzie nie będą dla niej zbyt wielkim wyzwaniem? Warto dodatkowo wspomnieć, że na horyzoncie pojawia się mężczyzna, który nawiązuje, z ukrywającą się pod imieniem Vanessy Tess , bardzo bliską relację… Oj, będzie się działo!

Niezwykle wesoła, nieco przypominająca losy Bridget Jones powieść to coś, co powinno się znaleźć w biblioteczce każdej fanki książek. Autorka przeprowadza całą akcję w bardzo lekkiej i przyjemnej aurze, chociaż główna bohaterka ma nieraz nie lada problemy. Seria porażek i ogromny pech, jaki ją prześladuje pokazuje, że życie nie zawsze jest takie proste i nigdy nie można być zbyt pewnym siebie. Rozczarowanie przychodzi bowiem z zaskoczenia i dotyka nawet tych, którym w życiu zawsze się powodziło. Tess, przedstawicielka kobiecych ryzykantek, podejmuje się ogromnego wyzwania. Nie jest jednak świadoma tego, w jakie problemy może się wpakować. Chcąc polepszyć swoją sytuację, dodatkowo ją komplikuje. Jednakże czasami bywa i tak, że szaleństwo i niekonwencjonalne metody się opłacają. Jak będzie tym razem?

Jeżeli ktoś szuka na wakacje romantycznej komedii w wersji książkowej, to właśnie ma okazję skorzystać z mojej podpowiedzi. Autorka, Lindsey Kelk funduje naprawdę dobrą zabawę. „Historia pewnej dziewczyny” pozwala na porzucenie codziennych trosk. Ja leżąc w szpitalu, po cesarskim cięciu, naprawdę mogłam  zapomnieć o tym,  gdzie jestem. Chociaż główna bohaterka nieraz wydawała mi się zbyt nierozważna, ostatecznie podziwiam ją za klasę i za to, że się nie poddała. To w końcu dzięki niej i jej wyborom było tak miło i tak zabawnie. Ta książka posiada wszystkie składniki dobrej literatury kobiecej – podejmującą się wyzwań bohaterkę, przystępną narrację oraz zabawną i pogmatwaną akcję, która w zasadzie określa charakter płci pięknej. Nieraz przecież same nie wiemy, czego chcemy.

„Historia pewnej dziewczyny” pokazuje, że Lindsey Kelk, której dotąd nie znałam, ma talent i doświadczenie, co skutkuje rewelacyjnymi efektami. Autorka uczy tego, że w życiu każdej z nas może pojawić się kryzys. Być może nie tak wielki, jak w przypadku głównej bohaterki, ale taki, który potrafi zdołować. W takiej chwili nie warto się załamywać i zamykać w sobie. Trzeba korzystać z kolejnych szans, bo być może wniosą one zmiany, które okażą się korzystne. Nigdy nie wiadomo przecież, co \ czeka nas w przyszłości, a trafnym w tym przypadku określeniem będzie tutaj przysłowie „Raz na wozie, raz pod wozem”. Jeżeli chodzi o mnie, długo owej tytułowej historii nie zapomnę. Polecam ją więc i Wam – kobiety starsze czy młodsze – na te letnie, ciepłe, wakacyjne dni.

Moja ocena – 4,5 / 5


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 28 lipca 2014
Liczba stron: 448


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


sobota, 19 lipca 2014

"Poczekajka" - Katarzyna Michalak

 


Czy warto mieć marzenia? Czy takowe nie są tylko złudzeniem, które wodzi nasze życie za nos? A może dzięki nim wszystko nabiera sensu? Czy warto w nie wierzyć? Tym razem zaczyna się od marzeń, bo właśnie między innymi o tym jest „Poczekajka”, książka autorstwa Katarzyny Michalak.
Pełna magii, niezwykłej aury i wiejskiego klimatu powieść przedstawia świat młodej kobiety, przed którą stoją liczne wybory, a ona, mimo wielu dróg do wyboru, musi wybrać tą jedną, właściwą. To jednak nie jest takie proste.

Patrycja, młoda pani weterynarz, dusi się żyjąc w zatłoczonym mieście. Marząc o księciu z bajki nieraz ucieka się do magii, w którą szczerze wierzy. Żyjąc według scenariusza ułożonego przez znaną i apodyktyczną matkę, nie czuje się szczęśliwa. Przyrównuje siebie do ptaka uwięzionego w klatce, pozbawiona wolności, którą pozornie posiada. Bojąc się sprzeciwić swojej rodzicielce, tkwi w nadziei na lepsze jutro. Jednakże pewnego dnia, całkiem przypadkiem, dziewczyna trafia do Poczekajki, zacofanej wsi, w której odnajduje stary, zakurzony i opuszczony domek – rodem z jej wyobraźni. I wtedy dochodzi do przełomu, ponieważ Patrycja postanawia w nim zamieszkać. Najtrudniejsza w tym wszystkim, jak się okazuje, jest rozmowa z matką, która nie potrafi uwierzyć w to, że jej córka zaplanowała coś bez jej zgody i konsultacji z nią. Zdeterminowana dziewczyna tym razem jednakże nie odpuszcza. Z czasem wydaje się, że wszystko powoli się układa. Patrycja dostaje wyśnioną pracę ordynatora w zoo i powoli poznaje okolicznych mieszkańców. Wszystko jest jednak odmienne, a nieprzyzwyczajona do innej rzeczywistości dziewczyna napotyka na swojej drodze niejednokrotne przeciwności. Leczenie groźnych węży, pozbawiona wody i prądu chatka oraz brak wsparcia sprawiają, że nie jest łatwo. Dziewczyna jednak się nie poddaje się i stawia czoła wszystkim problemom. Niestety trudy codzienności zostają dodatkowo wzmocnione poprzez matkę bohaterki, która nie odpuszcza. Za plecami córki wynajmuje chłopaka, który ma rozkochać w sobie Patrycję, a następnie ją zranić. Czy jednak będzie to możliwe? Czy może właśnie podstęp rodzicielki sprawi, że główna bohaterka zazna odrobiny szczęścia u boku nowo poznanego mężczyzny? A może wyśniony książę to zupełnie ktoś inny… Pomimo wielu problemów, życie Patrycji toczy się dalej, a należy pamiętać o tym, że prawdziwe marzenia, w które szczerze wierzymy, czasami się spełniają.

„Poczekajka” to pełna niesamowitego klimatu powieść zawierająca w sobie trzy literki „M”. Miłość, marzenia i magia to bowiem fundament, na którym opiera się cała akcja tejże książki. Główna bohaterka to niepoprawna marzycielka, która licząc na wyśnione życie, początkowo nic z nim nie robi. A przecież chcąc coś osiągnąć, trzeba zacząć działać, nieraz narażając się na niepowodzenia i porażki. W końcu, podjąwszy bardzo odważną decyzję, Patrycja trafia na wieś, którą autorka bardzo ładnie zobrazowała. Ta magiczna aura cichego miejsca, w którym wszyscy się znają, przywodzi na myśl różnorakie skojarzenia. Domek, w którym zamieszkuje główna bohaterka, chociaż bez wody i prądu, jest pełen ciepła i tajemniczości. A to o wiele ciekawsze, aniżeli życie w luksusowym i nowoczesnym apartamencie. Chociaż bardzo często bywa w życiu tak, że dokonane zmiany dręczą nas i sprawiają nam kłopot, to z czasem przyzwyczajając się do nich, wychodzą nam na dobre. Trzeba tylko kierować się sercem, bo przecież to od nas zależy, jak będzie wyglądał nasz los. Człowiek nieraz narzeka na rutynę, brak wolnego czasu i nerwy. Ale czy tak musi być? Warto zawsze zastanowić się nad jakimś wyjściem i nie bać się ryzyka, tak, jak zrobiła to główna bohaterka książki „Poczekajka”. Patrycja – wierząca w magiczne wizje o księciu na białym koniu, chociaż wydaje się naiwna i głupiutka, nie rezygnuje z marzeń. Takowe początkowo nie sprawdzają się, ale czy to oznacza, że nigdy się nie spełnią? Szybko porzucone pragnienia to tak naprawdę zwykłe kaprysy, bo coś, czego chce się naprawdę, nie odchodzi tak szybko. Czytając Poczekajkę można odczuwać różne emocje. Jednym główna bohaterka przypadnie do gustu, inni  będą uważać ją za zbyt ślepą i wystraszoną. Zaś splot niesamowitych wydarzeń mogą uznać za zwykłą bajkę. Czy jednak takich bajek nam aby właśnie nie potrzeba? Życie, na co dzień poważne, wymaga czasami oderwania się od rzeczywistości i powędrowania w głąb naszej fantazji. „Poczekajka” zaś to taka lektura, która chociaż wydaje się mało prawdopodobna, to jednak po części opowiada o czymś, co tak naprawdę mogło się kiedyś zdarzyć.

Lekka, przyjemna, przepełniona delikatnością powieść jest idealną lekturą dla kobiet, które otwarcie przyznają się do tego, że nieraz zdarza się im chodzić z głową w chmurach. Mieć marzenia, to przecież nic takiego. Gorzej, kiedy życie jest ich pozbawione, bo wtedy zatwardziałe serce człowieka widzi tylko to, co da się dostrzec gołym okiem. To zaś oznacza utratę wielu wrażeń, które często są fizycznie  niewidzialne.

Od autorki każdy z nas czegoś tam oczekuje. Katarzyna Michalak udowodniła niejednokrotnie, że potrafi pisać naprawdę dla wszystkich – od kobiet twardo stąpających po ziemi, po takie, które egzystują na granicy rzeczywistości i snu. Ta książka jest raczej dla tych drugich, które wierzą w magiczną moc fantazji, która czasami potrafi zdziałać cuda.

„Poczekajka” , chociaż nie jest nowością, teraz ukazuje się w nowej odsłonie. Wydawnictwo Literackie nadało tejże książce nową szatę graficzną z piękną, odzwierciedlającą treść okładką. Polecam.

Moja ocena – 4/5
  
Wydawnictwo Literackie

Wydanie: I w WL
Data premiery: 2014


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackiemu. 

 

piątek, 18 lipca 2014

Lato z książką - event Zysk i S-ka Wydawnictwo



http://latozksiazka.pl/
Zysk i S-ka Wydawnictwo oraz Skok Ubezpieczenia
  zapraszają na "Lato z książką" !
 
To wyjątkowe wydarzenie, które już trzeci raz będzie gościło w Łebie, w tym roku dotrze także do Mikołajek i Szczyrku.
 
Mieszkańcy , turyści, wczasowicze i wszyscy czytelnicy będą mieli nie lada okazję poznać pokaźną grupę  autorów, literatów, poetów, dziennikarzy, publicystów, artystów.
 
Każdego dnia czeka na Państwa kilka spotkań autorskich.  Nie zabraknie też atrakcji dla dzieci - dla nich również w specjalnym namiocie - warsztaty literackie, plastyczne, spotkania z pisarkami oraz bohaterami z książek.
 
Na wszystkie spotkania - wstęp wolny!

Więcej informacji po kliknięciu na powyższy obrazek.

"Wyspa na Prerii" - Wojciech Cejrowski

 
Wojciech Cejrowski – podróżnik, dziennikarz, fotograf, pisarz. Człowiek uwielbiany lub nienawidzony. Tym, którzy go znają, nie pozostaje obojętny. Otwarcie wyraża swoje zdanie, nie bojąc się konsekwencji. Porzucając jednak swoje wrażenia związane z panem Wojtkiem, warto sięgnąć po jego książki podróżnicze. To właśnie dzięki nim można się przenieść w całkiem odmienną rzeczywistość, która niezafałszowana, a doskonale zobrazowana i podana jak na tacy, dostarcza wrażeń  i emocji, które są nie tylko wspaniałą przygodą, ale także nauką. Z książkami tego autora miałam już styczność niejednokrotnie. Kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po zapisaną przez pana Cejrowskiego relację z podróży, od razu się w niej zakochałam. Odtąd namiętnie śledziłam poczytania tego człowieka, który akurat mi bardzo przypadł do gustu. A niecierpliwość i oczekiwanie na kolejne jego książki stały się prawdziwą udręką. Dzikie przygody, nieznane nam ludy oraz liczne, niezwykłe sytuacje, opisywane przez Wojciecha Cejrowskiego, są jedyne w swoim rodzaju. Napawają każdy zmysł, a czytelnik jakby na własnej skórze przeżywa każde przedstawione zdarzenie. I wreszcie po długiej przerwie pojawiła się „Wyspa na Prerii”. Dokładnie tak! Ów podróżnik, znany wielu osobom z programu „Boso przez świat”, częstuje nas nową porcją niesamowitych opowieści i przygód, które nieraz wydają się mało prawdopodobne, a jednak są najprawdziwsze w świecie. I chociaż tytułowa Preria, mieszcząca się w Stanach Zjednoczonych, na pozór wydaje się być mało interesująca i niezbyt dzika, to jednak pozory lubią mylić. Warto więc zagłębić się w tych pachnących Dzikim Zachodem kartkach niesamowitej relacji podróżniczej…

Wojciech Cejrowski trafia na Prerię. Nie jako przybysz, zagubiony turysta czy intruz. Przyjeżdża tam po dwudziestu dwóch latach do swojego maleńkiego, drewnianego domu, który kiedyś dostał w prezencie, wygrał w karty i zakupił. Czy można zyskać jedną posesję na trzy różne sposoby? Być może u nas nie, ale na terenach dzikiej Prerii wszystko jest możliwe… Pomimo bycia właścicielem niewielkiego rancza, świadomość pana Wojtka dotycząca życia w takich rejonach, nie jest jakaś szczególnie rozległa. Stąd na początku, znany podróżnik, musi się zmierzyć z wieloma niezrozumiałymi sytuacjami. Co jest jednak najbardziej dzikie, odmienne i kłopotliwe? Czy to silne wiatry, wdzierający się do domu piach, a może termity, kojoty i skunksy? Jak się okazuje, nie do końca. Najbardziej odmienni są tubylcy, których cywilizacja oczywiście nie ominęła, ale potraktowała w nieco inny sposób. Początki życia, w odległym od ojczyzny miejscu, bywają skomplikowane. Pan Wojciech przez cały czas, nie mając o tym pojęcia, jest pod obserwacją wszystkich mieszkańców, którzy dziwnym trafem wiedzą wszystko o najbardziej intymnych szczegółach z codzienności tegoż podróżnika. Czy to jednak źle? Okazuje się, że nie. Życie w takiej społeczności wiąże się bowiem z sytuacjami krępującymi, aczkolwiek na każdym kroku ktoś wyciąga w kierunku pana Wojtka pomocną dłoń. Dzika Preria, która chociaż w dokumentacji ma wielki nieład i nieporządek,  jest o wiele mniej chaotyczna niż niejeden dobrze rozwijający się kraj. Tutaj każdy zna swoje miejsce i dotyczy to zarówno ludzi jak i zwierząt. Wszyscy przestrzegają zasad wyznaczonych przez naturę, przez co żyją w spokoju i zgodzie.

„Wyspa na Prerii” to zbiór zabawnych i niesamowitych przygód. Autor barwnie i szczegółowo opisuje ciekawe zdarzenia, które aż chce się chłonąć całym sobą i naprawdę trudno się oderwać. Ukazuje także swoje liczne wpadki śmiejąc się z nich, a czytelnik,  zyskując względem pana Wojtka coraz większy szacunek, staje mu się wdzięczny za kawał tak dobrego humoru.

Trzeszczące deski w domu pozbawionym prądu podczas ogromnego wichru, skwar odciskający piętno na ludzkim ciele czy też kojot, który właśnie ulokował się w pobliskich krzakach… Któż z nas nie chciałby tego przeżyć? Dziki Zachód, jazda zdezelowanym samochodem czy też popijanie trunków w miejscowym barze, w otoczeniu rodowitych i nietypowych, a jednak przyjaznych mężczyzn. Czyż nie tak brzmi prawdziwa przygoda? Nie każdemu z nas jest dane przeżyć coś takiego. Jednakże sięgając po książkę „Wyspa na Prerii” ma się wrażenie, że po części wszystkie opisywane sytuacje stają się fragmentem naszej własnej wyprawy do tegoż miejsca. Ten styl relacjonowania, stosowany przez pana Wojtka, trafia dogłębnie w środek samego serca. Dzięki temu, chłonąc każde kolejne słowo, zapamiętuje się go i przeżywa. Tego nie da się zapomnieć. Książki tegoż autora to nie zbiór nudnych faktów, które każdy z nas może wyszukać sobie w Internecie. To opis osobistych przeżyć, niepowtarzalnych sytuacji i serii zdarzeń, o których człowiek nie miałby pojęcia. Właśnie tego oczekuję sięgając po literaturę podróżniczą i w przypadku tego autora jeszcze nigdy się nie zawiodłam.

Dzięki książce „Wyspa na Prerii” zyskałam nie tylko nowe doświadczenia. Podczas czytania doskonale się bawiłam i panu Wojtkowi do zarzucenia mam tylko jedno…. Że tak szybko wszystko się skończyło. Czytanie zajęło mi jedną dobę i chociaż na mojej głowie pełno trosk i obowiązków, mogłam zapomnieć o wszystkim.

Polecam każdemu – osobom lubującym się w każdym rodzaju literatury, aczkolwiek oczywiście w szczególności wielbicielom relacji podróżniczych. To doskonałe oderwanie się od szarej codzienności daje nie tylko poczucie przeżycia przygody. „Wyspa na Prerii” jest także swego rodzaju wskazówką na to, jak niewiele potrzeba, aby żyło nam się lepiej. Chociaż mieszkańcy południa Stanów Zjednoczonych żyją ubogo, są nieraz o wiele szczęśliwsi niż ci z Nowego Yorku i niż my – nieustannie podążający za pieniądzem. Mieć więcej – to nie zawsze żyć radośniej. Ale żeby to zrozumieć, warto sięgnąć po nową książkę Wojtka Cejrowskiego.

Oprócz opisu wspaniałych przygód, znajdziemy tutaj także ciekawe fotografie. Wysokiej jakości papier, na którym wszystko zostało wydrukowane, dodaje tej pozycji szyku i niepowtarzalnego klimatu. Dzięki temu „Wyspa na Prerii” to nie tylko lektura mogąca pięknie przyozdobić regały naszej domowej biblioteczki, ale to także wspaniały prezent dla bliskiej osoby.  

Warto było czekać tyle czasu, aby móc chociaż przez jeden dzień delektować się dziełem Wojtka Cejrowskiego. Cóż mi pozostało? Liczyć na to, że tym razem nie będzie trwało to tak długo i ów podróżnik szybciej poczęstuje nas kolejnym kawałkiem wspaniałej i niesamowitej relacji z kolejnej egzotycznej podróży.

Moja ocena – 5/5

Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Liczba stron: 304
Kategoria: Literatura podróżnicza
Rok wydania: 2014

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka. 

czwartek, 17 lipca 2014

"Mąż, którego nie znałam" Sylvia Day



Sylvia Day – autorka, z którą można powiedzieć jestem na „ty”, oczywiście nie w codziennych relacjach, a raczej poprzez tworzoną przez nią literaturę, z którą miałam już styczność niejednokrotnie. Sięgając po jej książki, często mam mieszane uczucia. Ta autorka potrafi pozytywnie zaskoczyć, ale i rozczarować – a przynajmniej tak bywa w moim przypadku. Tym razem w moje ręce trafiła książka „Mąż, którego nie znałam”. Co ciekawe, dostałam ją właśnie od mojego męża. Nie wiem dlaczego, ale przypuszczałam, że będzie to powieść o współczesnej parze, która przeżywa kryzys, który z czasem zostaje rozwiązany, bo dwoje ludzi odkrywa w sobie nowe pokłady energii. Sięgając po jakąś książkę, jej tytuł czasami przywodzi na myśl różne skojarzenia. Jak się okazuje, „Mąż, którego nie znałam” to erotyk, którego akcja ma miejsce w odległych, mało znanych nam czasach. Jest to więc swego rodzaju powieść historyczna, chociaż historii tutaj niewiele.

Gerard, inaczej markiz Grayson to dobrze zbudowany i cieszący się urodą mężczyzna. Korzystając ze swoich wdzięków, oczywiście nie tkwi w celibacie. Ze względów praktycznych zawiera małżeństwo z lady Isabel. Żyjąc razem, a jednak osobno, małżonkowie nie darzą siebie jakimś specjalnym uczuciem. Ich otwarty związek wyraża jawną akceptację na posiadanie kochanka i taki układ pasuje obojgu. Po pewnym czasie okazuje się, że kobieta którą Gerard kochał (i nie chodzi tutaj o lady Isabel) zachodzi w ciążę, po czym umiera przy porodzie. Załamany markiz wyjeżdża na cztery długie lata, zostawiając żonę i całe dotychczasowe życie. W tym czasie w jego osobowości dochodzi do licznych przemian. Wraca więc do opuszczonej żony i chce poukładać małżeńskie relacje na nowo. Piękna lady ma już jednak swój życiowy harmonogram, który doskonale jej pasuje i nie zamierza z niego zrezygnować. Gerard, pomimo tego, iż powrócił, pozostaje dla niej obojętny. Owa dama nie zdaje sobie jednak sprawy z faktu, że teraz jest on zupełnie innym człowiekiem… Czuły, zabiegający o jej względy, delikatny i opiekuńczy uwodzi ją na nowo. I chociaż nie jest mu łatwo, nie rezygnuje. Cel jest trudny, ponieważ rozkochać w sobie tak niezależną kobietę, jaką jest Isabel, nie jest łatwo. Czy markiz będzie w stanie jakkolwiek wpłynąć na żonę? Czy może długie rozstanie na zawsze zniszczyło ich związek, rujnując wszelakie szanse na jego odbudowanie?

„Mąż, którego nie znałam” to książka przedstawiająca nieco inną rzeczywistość. Tutaj mężczyźni nie posiadają luksusowych samochodów, dzięki którym obecnie zdobywane są serca niektórych kobiet. W tym wypadku liczy się osobowość, którą człowiek kreuje obraz samego siebie.
Główny bohater przechodzi przemianę. Staje się innym człowiekiem, aczkolwiek to, kim był, sprawia iż ciężko mu przekonać do siebie ludzi, którzy mieli okazję go kiedyś poznać.  Dzielnie dążąc do celu, można jednak zdziałać naprawdę wiele.
Owa książka to erotyk, jak z resztą praktycznie wszystkie dzieła tej autorki. Pikantne sceny są jednak przedstawione w dość przystępny sposób, dzięki czemu można się nimi delektować i cieszyć. Powieść może nie spodobać się osobom nie obeznanym z twórczością Sylvii Day, gdyż z czasem powtarzające się sceny miłosne mogą okazać się nużące. A jest ich potem całkiem sporo. Ci, którzy jednak właśnie to lubią w tejże autorce, z pewnością będą zachwyceni.

Przyznam, że Sylvia Day miała całkiem ciekawy pomysł na książkę. Tym razem w akcję wplątała ludzi, którzy teoretycznie powinni być sobie bardzo bliscy. Jak się okazuje, małżeństwo może istnieć tylko na tak zwanym „papierku”, a tak naprawdę nic poza tym nie znaczyć. W książce został pokazany rozwój uczuć. Niejedna kobieta chciałaby być na miejscu głównej bohaterki i przeżywać to samo, co ona.

Mi „Mąż, którego nie znałam” przypadł do gustu, aczkolwiek muszę przyznać, że potrzebuję odrobiny oddechu i przerwy od twórczości owej autorki. Czasami mam po prostu wrażenie, że czytam to samo, co kiedyś. Sylvia Day co chwilę wydaje nową książkę i pomimo tego, że każda jest inna, za każdym razem pojawia się jakiś wspólny element, chociażby styl, jakim pisarka się posługuje. A to, chociaż na początku trudne do wychwycenia, z czasem zaczyna męczyć. Potrzebuję więc jakiegoś przerywnika, a potem biorę się za „Obudzone pragnienia”.   

Moja ocena – 3,5/5