niedziela, 13 lipca 2014

"Troje" - Sarah Lotz

 

„Nie oceniaj książki po okładce”. Tak brzmi jedno ze znanych powiedzeń, które dosyć często się sprawdza. Niby każdy to wie, ale jakoś niejednokrotnie ulegamy ciekawej szacie graficznej prezentowanej przez sprytne wydawnictwo. Oczywiście bywają jednak wyjątki. Mój wzrok już od jakiegoś czasu przyciągała książka „Troje” autorstwa Sarah Lotz. Pomysł na czarną okładkę i czarne brzegi kartek już na samym wstępie wprowadza element grozy, a czerwone pasy niczym stróżki krwi, po bliższym przyjrzeniu się, ukazują postacie dzieci.  Aż ciarki przechodzą po plecach…
Kolejnym niezwykle frapującym elementem jest streszczenie zamieszczone na samym końcu.

„Jeden dzień.
Cztery katastrofy.
Troje ocalonych.
Przesłanie, które zmieni losy świata.”
Cztery zdania, a jakże wymowne. Taki opis pobudza apetyt. Jest zwiastunem czegoś niezwykle interesującego. Uchyla zaledwie rąbek tajemnicy, którą czytelnik pragnie odkrywać i delektować się nią. Niby nie wiadomo o co chodzi, a jednak ciekawość zostaje wszczepiona i nie pozwala o sobie zapomnieć.  I jak tu nie zapolować na taką książkę? Kiedy wszędzie o niej piszą, huczą i trąbią? Czy jednak gra jest warta świeczki?

Pamela May Donald – przypadkowa pasażerka samolotu, odbywa nerwową podróż. Przelot, pełen tragizmu, okazuje się być jej ostatnim. Metalowa maszyna spada, a ludzie dostrzegający co się dzieje, żegnają się ze światem. Zderzenie z ziemią pozbawia życie wszystkich, oprócz wspomnianej kobiety. Pamela widząc całe pogorzelisko i przeczuwając nadchodzącą agonię, nagrywa na komórkę niezwykły przekaz. Wypowiedziawszy kilka zdań – odchodzi do innej rzeczywistości. Wiadomość, którą pozostawia, wywołuje popłoch. Opis dziwnych okoliczności zostaje dodatkowo wzmocniony czymś o wiele tragiczniejszym. Okazuje się, że tego samego dnia dochodzi jeszcze do katastrof trzech innych samolotów. Giną prawie wszyscy pasażerowie, których porozrzucane ciała nieraz nie nadają się do identyfikacji. Dziwne więc, że z trzech okrutnych wypadków lotniczych wychodzi cało troje dzieci. Jak to możliwe?
Świat ogarnia strach. Lawina różnorakich hipotez dzieli ludzi na grupy wierzące w poszczególne, mniej lub bardziej absurdalne teorie. Jedni przeczuwają nadchodzącą Apokalipsę, inni dostrzegają w dzieciach demony. Są i tacy, którzy popierają wizję ingerencji Obcych oraz tacy, którzy uważają, że chociaż katastrofy były czymś przerażającym, to miała miejsce seria niefortunnych zdarzeń, wywołana zwykłymi czynnikami ludzkimi.
Jedno jest pewne.  Od czasu katastrofy życie wielu bardzo się zmienia. A dziwne zdarzenia, chociaż już nie tak głośne i nie tak drastyczne, ciągle dają o sobie znać. Czy tragiczny dzień, nazywany Czarnym Czwartkiem, był tylko pechowym zbiegiem okoliczności? Czy też faktycznie stało się coś, czego wszyscy ludzie powinni się obawiać? Odpowiedzi na te pytania można poznać zgłębiając się w ciemne karty mrocznej książki „Troje”.

Sarah Lotz podaje nam kawał kontrowersyjnej lektury. Ni to powieść, ni to zbiór fragmentów, a jednak coś wypchnęło tę książkę z tłumu wielu innych, którym w dzisiejszych czasach ciężko się przebić. „Troje” to faktycznie nie ciągła relacja nadawana przez jednego narratora. To jakby fragmenty rozmów czy to mailowych, czy też telefonicznych oraz opisy z życia osób w jakiś tam sposób powiązanych z katastrofą. Szczególnie ciekawe bywają te rozdziały, które przedstawiają codzienność ludzi opiekujących się trojgiem ocalałych dzieci.

Na początku recenzji wkomponowałam pytanie, które sama sobie zadawałam. „Czy gra jest warta świeczki?” Przyszedł czas, żeby na nie odpowiedzieć. „Troje” to niewątpliwie taka książka, która wzbudza skrajne emocje i ciężko jest jednoznacznie stwierdzić, czy jest to lektura godna uwagi czy też taka, którą lepiej odradzić. Tutaj kumulacja wszystkiego ma miejsce na samym początku. Dziwny bieg wydarzeń oraz liczne zagadki mocno pobudzają wyobraźnię czytelnika. Jest to zapowiedź czegoś, co z pewnością nie pozostanie obojętne. Naprawdę wątpię, by ktoś zrezygnował z czytania po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Potem jednak następuję spadek zainteresowania. Chociaż każdy rozdział ma na celu wniesienie czegoś nowego, to czasami są to takie drobnostki, które aż chciałoby się pominąć. Nie warto jednak tego robić, bo nieraz można natrafić na ciekawsze fragmenty, które znowu rozbudzają wyobraźnię i dają nadzieję na to, że za jakiś czas wydarzy się coś, co da rozwiązanie całej akcji. Podczas czytania czułam się tak, jakbym miała przed sobą obraz powtarzającej się amplitudy, która wznosi się i opada, po czym znowu wykonuje taki sam ruch. Tak wyglądało właśnie moje zainteresowanie.
Z pewnością nie żałuję przeczytania tej książki, chociaż nie wiem, czy zasługuje ona na taki rozgłos. Być może jej odmienność, oryginalny pomysł i to, że niewątpliwie jest dziwna daje jej taką siłę przebicia. Powiem szczerze, że ja z pewnością jeszcze długo jej nie zapomnę, pomimo tego, że po przeczytaniu całości pozostał lekki niedosyt. Myślałam, że skoro początek, wtargnąwszy w umysł czytelnika niczym policja wyważająca drzwi, tak mocno daje się we znaki, to i cała reszta będzie równie emocjonująca. To trochę rozczarowało.

„Troje” to lektura dla fanów horroru, sensacji czy też thrillerów. Książka cały  czas przywodziła mi na myśl filmy typu „Paranormal Activity” czy też „Blair Witch Project”, które również są relacją złożoną z fragmentów ostatecznie dających obraz jakiemuś wielkiemu wydarzeniu.

Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Moja ocena – 3,5/5

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Basi Pelc prowadzącej bloga "Czytelnia". 

1 komentarz:

  1. Hmm, muszę przyznać, że dość chłodno oceniłaś tę pozycję. Na mnie zrobiła zdecydowanie lepsze wrażenie i co tu dużo mówić, ja nie jestem odporna na medialną otoczkę ;) Dałam się zmanipulować i z wielką ciekawością czytałam powieść do rana, do ostatniej kartki.
    A do tego wszystkiego uwielbiam kosmitów i tematy pokrewne ;)

    OdpowiedzUsuń