czwartek, 20 lipca 2017

"Tajemnica wyspy Flatey" - Viktor Arnar Ingólfsson. Kim jest trup i co ma wspólnego ze średniowiecznym manuskryptem?


„Nie proś o przelotny deszcz, jeśli boisz się zmoczyć stopy”.

By przełamać czytelniczą słodycz związaną z uganianiem się za historiami o miłości, sięgam od czasu do czasu po coś mocniejszego. Tym razem postawiłam sobie hardcorowe, jak dla mnie wyzwanie. Bo choć kryminały nie są mi obce, te skandynawskie budują grunt, po którym stąpam nieco niepewnie. „Tajemnica wyspy Flatey” oraz jeden z najbardziej poczytnych autorów w Islandii, Viktor Arnar Ingolfsson, wczoraj zabrali z mojego życiorysu kilka chwil. Czy było warto pokusić się na taką książkę? I czego Wy możecie się po niej spodziewać?

ZARYS FABUŁY
Rok 1960. W środowisku maleńkich wysp, swojskiego towarzystwa i dóbr matki natury, mieszkańcy Flatey wiodą spokojne życie. Nikt nie spodziewa się jednak tego, że w miarowym rytmie bezpiecznej codzienności już wkrótce powieje grozą… A wszystko zaczyna się od znalezionych zwłok nieznanego mężczyzny.

Niejasna sprawa trafia w ręce Kjartana. Ustalenie tożsamości denata oraz przyczyna jego śmierci z każdym krokiem wydają się coraz bardziej tajemnicze. Pośród wierzeń, podejrzeń, zagadek i słów średniowiecznego manuskryptu kryje się prawda. Czy uda się ją odnaleźć?

ACH, TE IMIONA
Grający pierwsze skrzypce Kjartan, młody chłopiec czy kościelny. Ludzie zabobonni, nieco dziwaczni, czy ci kierujący się racjonalnymi poglądami. Postaci z makabrycznie trudnymi do zapamiętania imionami. Ciężkimi do wypowiedzenia, jeszcze cięższymi do polubienia. Grr… Te łamańce językowe odebrały mi wiele chęci do poznawania tej historii, ale taki już urok islandzkiego języka. Przejdźmy do rzeczy. 

BOHATEROWIE BEZ TWARZY
Siłą rzeczy, podsuwając czytelnikowi pod nos kryminał ujęty na 252 stronach, autor musiał na czymś przyoszczędzić. I przyoszczędził właśnie na bohaterach. Postaciom występującym w tej powieści brakuje wyrazistości i kształtu. Są, bo są, ale nie tak łatwo zbudować sobie w umyśle ich dokładny obraz. Szkoda, ale można się bez tego obejść. Dlaczego? W końcu to historia, w której najważniejsza jest ofiara i zrodzone wokół niej zamieszanie. A na niedostatek zagadek narzekać nie można.

CO TU ROBIĄ WIKINGOWIE?
Zapisane na kartce niezrozumiałe słowa, szyfr przypominający runy i księga Flateyjarbok – zbiór sag i eposów o starodawnych wikingach, który towarzyszy zarówno bohaterom, jak i czytelnikowi na każdym kroku i w każdym rozdziale. Książka Ingolfssona wychodzi poza ramy zwykłego pif-paf, macie trupa i zagwozdkę. Pojawia się przewijający w tle motyw odległej historii, nadający książce smaku i budujący aurę tajemnicy. Sama akcja nie grzeszy umiejętnością wywoływania palpitacji serca, ale nie narzekałam na nudę. Ciężko było mi w to wszystko wejść, ale kiedy pojawił się trup i śledztwo ruszyło, było już coraz lepiej.

WYSPY, MORZE I JAJA MEWY
Na uznanie zasługuje uaktywniające wyobraźnię środowisko, jakże egzotyczne dla mnie, zaś z pewnością o wiele bardziej zwyczajne dla autora. Maleńkie wyspy, panująca dookoła cisza czy burzliwe wody morza. Do tego focze mięso czy jaja mewy – jako tradycyjny posiłek ludzi. U boku fikcyjnej treści można dowiedzieć się czegoś prawdziwego.

PODSUMOWANIE
Poruszające wyobraźnię tło, motyw średniowiecznej księgi otwierającej świat wikingów, ale i niedopracowani bohaterowie. Sporo się dowiedziałam, poczułam ten nastrój tajemnicy, ale raczej nie zostanę wielką fanką literatury skandynawskiej. Dlaczego? Chyba te imiona i nazwy zbyt mocno mnie rozpraszają. I tak, jak nasza Puzyńska przemyca w świat detektywistycznych zagadek nieco ciepła, tak Ingolfsson naznaczył swoją historię porcją chłodu. Jeżeli jednak szukacie kryminału różniącego się od tych sztampowych, to może być to.

moja ocena: 5+/10
wydawnictwo: Editio Black
ilość stron: 252
data wydania: 19 lipca 2017


UWAGA: Na ostatnich stronach książki pojawia się niespodzianka, a są nią… prawdziwe fragmenty Sagi wikingów jomskich – ku nauce i uciesze.


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Editio Black. 

10 komentarzy:

  1. Hmm sama nie wiem. Fabuła interesująca ale nie wiem, czy bym się odnalazła w tej książce.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeżeli w tytule książki jest jakaś "tajemnica" to muszę wiedzieć, o co chodzi! :D Czytam dosyć dużo skandynawskiej literatury, więc być może niektóre rzeczy nie będą mi tak bardzo przeszkadzały... Zobaczymy! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tajemnic tutaj sporo i ten wyjątkowy klimat! Super. Jeżeli jesteś już z literaturą skandynawską zaznajomiona i się nie zraziłaś, myślę, że będziesz zadowolona.

      Usuń
  3. Pomimo tych bohaterów chyba jednak sięgnę. Są wakacje i mój mózg się delikatnie...Jakby to powiedzieć...Rozleniwił :D A dodatkowo lubię takie klimaty tajemnicy i średniowiecznych zagadek <3
    Pozdrawiam (i zapraszam, oddaję wszystkie szczere komentarze ^^)
    Czytam, piszę, recenzuję, polecam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też lubię takie klimaty i zagadki. Stąd bardzo cenię sobie literaturę Dana Browna. Tutaj jednak nieco przeszkadzał mi ten mocny akcent islandzkiego języka (nazwy, imiona itp.). Jestem wybredna, ale niestety mocno mnie to rozpraszało.

      Usuń
  4. Ja też miałam problem z imionami, przez co na początku nie radziłam sobie z bohaterami, ale sam moty zagadek i legend skutecznie utrzymywał mnie przy powieści :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak - motyw legend i zagadek był bardzo ciekawy. Ale te imiona... masakra. Miałam ten sam problem, co Ty i chyba trochę mnie to przerosło.

      Usuń
  5. Rzeczywiscie fajne przełamanie po historiach miłosnych, książka wydaje sie być fajna, a że objętościowo nie wielka skusiłabym się poświęcić jej jedno popołudnie

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie lubię niedopracowanych bohaterów, także jeszcze się zastanowię :)

    OdpowiedzUsuń