sobota, 16 lipca 2016

"Eden. Nowy początek" - Mia Sheridan. Szukając siebie...


„ – Jestem dla ciebie wszystkim, co pierwsze – szepnąłem. – I wszystkim, co ostatnie.”

Sekta, w której pozbawiony skrupułów lider obiecywał ludziom zbawienie. Calder, chłopak, który pośród zaślepionej społeczności dostrzegł sprytnie kamuflowane zło. Eden, niewinna dziewczyna, która przeznaczona przywódcy miała pomóc wszystkim w osiągnięciu utopijnego szczęścia. W końcu Mia Sheridan, podbijająca polski rynek wydawniczy autorka, która stworzyła powieść o surrealistycznym wydźwięku, osadzoną jednak w realiach współczesnego świata. Bo tak działa sekta, że szokuje absurdalnością funkcjonowania nawet w dobie XXI wieku. „Eden. Nowy początek” to kontynuacja serii rozpoczętej książką „Calder. Narodziny odwagi”. Czy warto po nią sięgnąć?

Wielka powódź zniweczyła cały akadyjski raj. Członkowie całkiem dobrze prosperującej sekty zginęli, na zawsze zabierając ze sobą tajemnicę dotyczącą ich zniekształconego świata. A jednak… Eden, Calder oraz Xander wymknęli się szponom śmierci, próbując teraz znaleźć własne miejsce w rzeczywistości, o której mają tak nikłe pojęcie.

Eden mieszka w domu uczynnego jubilera, pracując na własne utrzymanie i czerpiąc radość z wolności, której nigdy dotąd nie miała okazji zasmakować. Niestety część jej serca na zawsze umarła, ponieważ wraz z wielką powodzią utraciła kogoś, kogo nigdy nie przestała kochać.

Calder, obwiniając się o śmierć Eden, walczy z przeszłością, która niestety nie chce odejść. Wspierany przez Xandera, który rozumie go jak nikt inny, postanawia zająć się sztuką, by w końcu znaleźć cel i zapomnieć.

Z dala od siebie, tkwiąc w przekonaniu o utraconej miłości, próbują ułożyć swoje życie na nowo. Czy ponownie się spotkają? Czy w nowym świecie będą potrafili odbudować to, co zawsze ich łączyło?

Tym razem Mia Sheridan zabiera czytelnika z dala od toksycznego środowiska Akadii, chociaż cień okrutnej sekty cały czas snuje się za plecami głównych bohaterów. Eden i Calder, niestety oddzieleni od siebie, witają w progach współczesnej cywilizacji, w szeregach wolnej społeczności z dostępem do wygód, nowoczesności i prawem decydowania o sobie. Nie jest jednak wcale tak kolorowo. Podczas gdy dziewczyna zmaga się z poszukiwaniami własnych korzeni, chłopak zasypuje samego siebie kolejnymi wyrzutami sumienia. Oboje tak bardzo za sobą tęsknią lecz tkwiąc w błędnym przekonaniu przyjdzie im długo czekać. Nim zatrzymają się na tym samym skrzyżowaniu dróg, miną lata…

Akcja kontynuacji serii, w zestawieniu z pierwszym tomem, zwalnia, przez jakiś czas zatrzymując się na wewnętrznych rozterkach głównych bohaterów. Teraz nie potrzeba im kolejnych wrażeń, bo prawdziwa walka toczy się w ich umysłach. Sporo tutaj wewnętrznych monologów, tłumionego żalu czy przemyśleń. Jednak tor, którym Eden i Calder podążają, prowadzi ich do nieuchronnej konfrontacji z przeszłością, z ciekawskim i nieprzychylnym otoczeniem czy z prawdziwym obliczem Hektora, lidera znanego im dotąd z fałszywego imienia. I wtedy zaczyna być ciekawie. To właśnie tutaj otrzymujemy odpowiedzi na pytania, które nurtują już w trakcie czytania pierwszego tomu. Jak to się stało, że właśnie ich dosięgły macki okrutnej sekty?  Co się działo wtedy, kiedy zniknęli? To tu bohaterowie decyzją się w końcu na nieco odważniejsze posunięcia względem siebie.

„Eden. Nowy początek” to powieść o potędze miłości, o niezniszczalnym uczuciu, które niczym czołg przedziera się przez wszystkie barykady. Piękna, przepełniona emocjami, dyktowana oryginalną fabułą, która okazuje się powiewem świeżości pośród wielu utartych, przewidywalnych scenariuszy. Z ogromną przyjemnością przedzierałam się przez kolejne rozdziały, by dotrzeć do samego końca, cały czas wiedziona nadzieją, że tym razem autorka nie zafunduje urwanego zakończenia. Jak jest? Nie powiem.

Nie mogę jednak idealizować, ponieważ natrafiając na słabe punkty czuję się zobowiązana o nich wspomnieć. Mam wrażenie, że wiarygodność tej historii zostaje zachwiana przez częste zbiegi okoliczności. To dzięki nim wszystko zaczyna układać się po myśli bohaterów, co jednak czyni fabułę nieco nawiną. Pomiędzy porywającymi fragmentami da się też znaleźć nudniejsze przestoje, chociaż nie mogłabym powiedzieć, że książka okazuje monotonna. Ma gorzej wypadające momenty, generalnie prezentując się jednak interesująco, na tyle, by trzymać poziom poprzedniej części i na tyle, by zachęcić do dalszych przygód u boku książek tej autorki.

Jeżeli powieść „Calder. Narodziny odwagi” rozbudziła Wasze apetyty, „Eden. Nowy początek” dostatecznie Was nasyci. Po kontynuację sięgajcie bez obaw, jeżeli taka odsłona Mii Sheridan przypada Wam do gustu. I chociaż nie jest to moja powieść numer jeden tej autorki, tę premierę warto zaznaczyć w swoim kalendarzu. Żywa, zajmująca, oryginalna i nieprzewidywalna do końca – taka właśnie jest i to mnie do niej przekonało.

moja ocena: 5-/6
wydawnictwo: Septem/Editio
ilość stron: 312
premiera: 3 sierpnia 2016

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Septem oraz Editio.
 

9 komentarzy:

  1. Nie czytałam jeszcze żadnej z książek autorki. Muszę najpierw zapoznać się z pierwszą częścią, ale po Twojej recenzji wiem, że to coś dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem czy akurat sięgnę po tą serię, chociaż czytałam wiele pozytywnych recenzji. Mimo, że uwielbiam Sheridan to jakoś mnie ta seria nie przekonuje do sięgnięcia po nią.Ale zobaczymy może coś mi się odmieni :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Książkę już mam, więc jak znajdę chwilę wolnego czasu to zabiorę się za jej czytanie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie znam tej serii, ale jeśli sekta - to biorę w ciemno ;)
    Pozdrawiam,
    http://tamczytam.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Moje zdanie znasz na temat obu części:) Chyba moje oczekiwania były za duże:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Cieszy mnie ta oryginalna fabuła i przyznaję, że serię chciałabym poznać. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ostatnio wychodzą kolejne powieści tej autorki, jedna za drugą, a ja do tej pory nic nie czytałam...

    OdpowiedzUsuń
  8. O tak! Koniecznie muszę przeczytać pierwszą część jak i drugą. Jeśli tylko dorwę w bibliotece :)

    OdpowiedzUsuń