poniedziałek, 17 listopada 2014

Wywiad z Moniką A. Oleksa - autorką powieści "Samotność ma twoje imię"



Jakiś czas temu organizowałam na blogu konkurs, w którym nagrodą była rewelacyjna powieść autorstwa Moniki A. Oleksa - "Samotność ma twoje imię". Czytelnicy bloga mieli okazję zadać autorce kilka pytań. Zebrawszy je, dodałam coś swojego i skontaktowałam się z panią Moniką. W efekcie powstał całkiem ciekawy wywiad, na który gorąco Was zapraszam. Muszę dodać, że jest to niesamowita i bardzo życzliwa kobieta.

Wyświetlanie DSC_015183.jpgMonika A. Oleksa - Pisząca marzycielka z duszą wrażliwą i otwartą na drugiego człowieka. W ciągu dnia próbuje zarazić dzieci, młodzież i dorosłych miłością do języka angielskiego oraz spełniać się jako mama Michała i Miłosza oraz żona Marcina. Po zmroku chowa się w świecie fikcji i fantazji, którą przelewa na papier. Lubi obserwować życie i wplatać je w kartki swoich książek. Pisanie jest jej pasją od zawsze. Urodziła się i mieszka w Lublinie, z którym jest bardzo związana. Miejsca, w których rozkwita jej twórczość to ukochane nadmorskie Dąbki i Nałęczów. Debiutowała 2002 roku zbiorem opowiadań „Uśmiech Mima”. W 2011 roku, nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka , ukazała się jej pierwsza powieść „Miłość w kasztanie zaklęta”. Nieco później pojawiła się kolejna – „Ciemna strona miłości”, zaś w tym roku możemy cieszyć się nowością zatytułowaną „Samotność ma twoje imię”.
(źródło – WWW.lubimyczytac.pl)



Co jest dla Pani ważniejsze – iść czy dojść?
Zdecydowanie iść! Jestem Koziorożcem, wiecznie wspinającym się po skałach i dążącym do wyznaczonego sobie celu. Nie muszę zdobywać go za wszelką cenę, i nie uznaję drogi na skróty. Czasami nadrabiam „kilometrów” w tej mojej wędrówce, ale taka już jestem. Samo działanie jest dla mnie o wiele ważniejsze niż osiągnięcie celu. Spełnione zamierzenia cieszą, ale jeszcze bardziej cieszy świadomość, że osiągnęło się je ciężką pracą, która niekoniecznie jest dzisiaj modna, bo lubimy tak szybko i natychmiast osiągać wszystko naraz. A porównując moją wędrówkę do pisania, każda wydana książka sprawia ogromną radość; jednakże potrzeba pisania natychmiast pogania do „wejścia” w świat kolejnych bohaterów i podjęcia nowego wyzwania, które staje się kolejnym szczytem do zdobycia dla Koziorożca.

Co czuła Pani w trakcie pisania kolejnych stron książki? Jakie uczucia (być może sprzeczne ze sobą) Pani towarzyszyły, gdy ją Pani skończyła?
Każdą moją książkę piszę całą sobą, wkładając w to swoje serce i mocno się angażując w życie moich bohaterów, oraz emocje, które im towarzyszą. Nie wymyślam fabuły swoich książek; moi bohaterowie po prostu nagle pojawiają się w mojej codzienności, i opowiadają swoją historię, którą zapisuję. Dlatego wielokrotnie wściekam się na nich, bo działają w sposób zupełnie dla mnie niezrozumiały, i komplikują tak wiele prostych spraw, które ja rozwiązałaby zupełnie inaczej. Wielokrotnie mam ochotę potrząsnąć nimi i powiedzieć, że życie jest zbyt krótkie, aby zachowywać się w ten sposób. Złoszczą mnie, wzruszają, rozśmieszają, zadziwiają. Płaczę razem z nimi i mocno przeżywam wszystkie ich porażki i niepowodzenia. Pisząc książkę, przez czas jej obecności w moim domu mam wrażenie, że żyję w dwóch światach – tym realnym, gdzie jestem mamą, żoną i kobietą pracującą; i w tym stworzonym przez moją wyobraźnię, który jednak staje się tak bliski, że wielokrotnie trudno to rozgraniczyć.
„Samotność ma twoje imię” to książka, która dosłownie przeczołgała mnie emocjonalnie. Każdą z moich bohaterek czułam sercem, i jako ogromna empatka, z każdą byłam w stanie się zidentyfikować.  Były momenty, że kładłam się spać tak potwornie zmęczona, jakbym cały dzień pracowała w kopalni. Gdy postawiłam ostatnią kropkę, a było to dwadzieścia minut po północy Nowego Roku 2014, poczułam ulgę. Wiedziałam, że teraz już nie mam wpływu na nic, i że od tego momentu moja książka zaczyna żyć własnym życiem. Długo po niej odpoczywałam, ale wiem, że warto było włożyć w nią tyle pracy i wyrzeczeń, bo to, jak mnie prowadzi w tej chwili, zdumiewa mnie samą najbardziej.

Gdyby zamieniła się Pani w „coś słodkiego”, to co by było i dlaczego?
Gdybym zamieniła się w „coś słodkiego”, byłabym delicją nałęczowską, wypiekaną w nałęczowskiej „Ewelinie”.  Jesteśmy obie złożone z wielu smaków i towarzyszących tym smakom emocji, obie nie do końca zdradzamy, co nosimy lub mamy w środku, i obie pozostawiamy po sobie niedosyt i apetyt na więcejJ

Czym jest dla pani samotność? Czy ma ona jakieś pozytywne strony istnienia?
Moja samotność jest tęsknotą. Tęsknotą za bliskością, której kiedyś zabrakło, i którą dopiero w dorosłym życiu potrafiłam wypełnić, bo zrozumiałam, że samotność tak naprawdę jest w nas samych. To nie pustka wokół nas sprawia, że człowiek czuje się samotny, ale trudność w nawiązaniu relacji z innymi i dopuszczenia kogoś na tyle blisko, aby pomógł nam tę pustkę zapełnić.
Samotność czasami jest potrzebna, aby człowiek mógł pewne rzeczy przemyśleć i zrozumieć. Tylko na pustyni własnego życia, to znaczy w samotności i przebywaniu sam na sam ze sobą, z dala od zgiełku i ludzi, którzy zagłuszają ciszę, jesteśmy tak naprawdę w stanie odkryć całą istotę swojego człowieczeństwa i zrozumieć, dlaczego zostaliśmy na ten świat powołani. Nie doświadczymy tego mając wciąż kogoś obok siebie.

Która z Pani książek jest Pani najbliższa?
Trudne pytanie… W każdą z moich książek włożyłam okruchy swojego serca, i każda z nich jest mi bardzo bliska. Ta najbliższa… myślę, że „Ciemna strona miłości”. Małgosia to jedyna z moich bohaterek, którą zaakceptowałam bezwarunkowo, i z którą naprawdę byłabym w stanie się zaprzyjaźnić. Bardzo jej współczułam, że przez tyle czasu musiała sama nieść tajemnicę, z którą nie było łatwo żyć i wielokrotnie miałam ochotę po prostu podejść, przytulić ją mocno i powiedzieć: Nie jesteś z tym sama! Pokochałam jej rodzinę i pozazdrościłam Agnieszce tak bliskiej relacji z Maciejem, ojcem Małgosi, który zdumiewa mnie swoją prostą, życiową mądrością. Chcąc jak najdłużej z nimi pozostać, zaczęłam właśnie pisać kontynuację tej książki. Ogrzewam się w niej jak przy ciepłym kominku zimą, i chyba ze wszystkich pozostałych, tę cenię najbardziej.

Jaki jest Pani ulubiony autor? Czy jego/jej twórczość Panią inspiruje?
Myślę, że autorką, dzięki której sięgnęłam po marzenia i uwierzyłam, że też mogę pisać, była Lucy Maund Montgomery, której książki pochłaniałam jako mała dziewczynka, i do których powróciłam już jako dojrzała kobieta. To ona uświadomiła mi, że mam skrzydła, które muszę rozłożyć, bo tylko wtedy uniosę się wysoko i będę w stanie zdobyć szczyty, gdzie zostały poukrywane ludzkie marzenia.
Z polskich autorek bardzo cenię Hannę Kowalewską, dzięki której uświadomiłam sobie, że tak naprawdę w książce nie jest ważna treść, tylko to, w jaki sposób zostanie ona przekazana. Język pani Hanny oczarował mnie, podobnie jak cały cykl o Zawrociu, w którym lubię przebywać. I to właśnie książka pani Hanny „Tego lata w Zawrociu” sprawiła, że zachłysnęłam się współczesną polską literaturą, i cenię ją ogromnie. Wśród moich ulubionych autorek nie mogę nie wspomnieć o pani Joannie M. Chmielewskiej, która podobnie jak Hanna Kowalewska, zauroczyła mnie swoją prozą sprawiając, że mój apetyt na dobrą polską literaturę wzrósł, i czekam na takie perełki, które pojawiają się wśród polskich pisarzy.   

Co jest lepsze – czytanie czy pisanie książki?
Czytam od zawsze; piszę od chwili, gdy odkryłam niesamowitą umiejętność czytania i magię książek, które zabierały mnie w zupełnie inny świat. Nie potrafiłabym żyć bez książek, czytając – delektują się nimi tak samo, jak delicją nałęczowskąJ Książki były i są przy mnie zawsze; traktuję je z ogromnym szacunkiem i wiele z nich nazywam swoimi przyjaciółmi. Mogłabym zjeść tylko jeden posiłek w ciągu dnia, a ostatnie pieniądze wydałabym na książkę. Czytanie mądrej książki to dla mnie przyjemność; pisanie – to nieuleczalny nałóg! Pasja, bez której moje życie straciłoby barwy. Trudno wybrać, co jest lepsze. Pisząc, mam wpływ na to, jak potoczą się losy moich bohaterów; czytając, jestem biernym obserwatorem, ale dzięki autorom, wchodzę w inny świat, którego ja nie potrafiłabym stworzyć. Każdy kontakt z książką – po obu jej stronach, jest dla mnie przyjemnością, nie umiem więc dokonać wyboru, bo zarówno czytanie, jak i pisanie, są dla mnie bardzo ważne.

Jak wiele z Pani można znaleźć w książce „Samotność ma twoje imię”?    
Myślę, że w tej książce jest wiele ze mnie, choć nic do końca nie jest autobiografią. Piszę swoje książki sercem i emocjami. Jestem ogromną empatką,  i widzę oraz czuję to, co przeżywają moi bohaterowie i z jakimi rozterkami się szarpią i zmagają. Akcja "Samotności..." rozgrywa się w miejscach, które są mi znane i które są częścią mojego codziennego życia. Jest tu mój rodzinny Lublin, bardzo mi bliski, i osiedla, które znam, i z którymi łączy się wiele wspomnień. Jest ukochany przeze mnie Nałęczów i stateczny Kazimierz z "Dwoma Księżycami", w których spędziłam trochę czasu pisząc "Samotność...", zaproszona tam przez pana Aleksandra Serwatkę, właściciela Hotelu i Restauracji "Dwa Księżyce". Są "moje" Dąbki i dom wypoczynkowy "Maria", gdzie powstaje większość moich książek. Ludzie związani z tymi miejscami pojawiają się na kartach mojej książki, i to są te elementy autobiograficzne - te relacje, które łączą moich bohaterów z nimi, a tak naprawdę mnie - z tymi ludźmi. Żadna z bohaterek nie jest jednak mną, choć na pewno mają moją wrażliwość i sposób odbierania świata. Trudna relacja Ewy z jej siostrą jest mi bliska; podobnie jak ta symbioza, która łączy Ewę z babcią. Również i w moim życiu Babcia była i jest bardzo ważna, i podobnie jak Ewa, poświęcam jej wiele swojego czasu. Myślę, że zatrudniając do pisania serce, nie da się uniknąć choć cząstki siebie, czy tego, co autor nosi w sobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz