sobota, 11 lipca 2020

Pierwszy rozdział: "Boss of me" Tia Louise.
Zapowiedź.


Gorący romans biurowy z motywem hate-love!

Jej nowy szef jest arogancki, wredny, złośliwy i… seksowny jak cholera. Ładne opakowanie skrywa wcielonego diabła, o czym Raquel szybko się przekona. Kiedy zostaje zatrudniona w jego firmie, nie liczy na ciepłe przyjęcie, ale na tak wredne uwagi pierwszego dnia pracy – też nie.

Jednak gdy zaczyna bliżej poznawać swojego szefa, powoli dostrzega mężczyznę, którego coś dręczy. Raquel wmawia sobie, że nie obchodzą ją jego ciemnobrązowe oczy ani sposób, w jaki poruszają się jego mięśnie twarzy, kiedy jest wkurzony.

Siostra udzieliła jej rady, żeby pod żadnym pozorem się w nim nie zakochała. Raquel uznała te słowa za śmieszne. Jednak teraz… wcale nie jest jej do śmiechu.


Rozdział 1
Raquel
Teraz

Gorący wiatr smaga ulice w centrum Nashville. Rozwiewa moje jasnobrązowe włosy i poły czarnego żakietu. Chwytam je, przyciskając do siebie torebkę, a telefon przykładam do ucha, uważnie słuchając słów Renée, mojej siostry, jakbym słuchała samego Boga.
– Zaprzyjaźnij się z Sandrą. To dobry sojusznik. – Mimo słów wsparcia ze strony Renée, żołądek mam ściśnięty.
– Nie zadawaj zbyt wielu pytań. Jeśli coś wydaje ci się bez sensu, poczekaj i zapytaj później.
– Nie mogę o nic pytać pierwszego dnia pracy?– Na przejściu zapala się żółte światło. Korzystam z okazji, by poprawić bluzkę. – Wydaje im się, że umiem czytać w myślach?
– Patton Fletcher nie ma czasu uczyć cię, co masz robić. Wierz mi. – Zabrzmiało to, jakby go cytowała.
– Nawet nie poznałam Pattona Fletchera.
– To kto cię zatrudnił? Taron? Tylko on mógłby sobie na coś takiego pozwolić.
– No tak. – Światło się zmienia. Przebiegam przez dwupasmową ulicę. – Rozmawiali ze mną TaronRhodes i Jerry Buckingham.
– Hmm…–Jej sceptycyzm tylko wzmaga moje zdenerwowanie.
– Co?
– No to musisz się pilnować. Jeśli to nie on cię wybrał, będzie szukał okazji, żeby się ciebie pozbyć.
– Dlaczego? – Ogarnia mnie panika.
– On już taki jest. Lubi mieć nad wszystkim kontrolę.
– To co mam robić? Pracowałaś tu.
Otwieram przeszklone drzwi Fletcher International, Inc. z moim jeszcze ciepłym dyplomem MBA[1] z Vanderbilt’s Owen Graduate School. Tak jak moja siostra skończyłam studia z jednym z dziesięciu najlepszych wyników na roku i dzięki temu trafiłam na rozmowy o pracę w najlepszych firmach w mieście. Chciałam wyjechać do Chicago lub Dallas, ale mój doradca zawodowy uznał, że Fletcher to świetny punkt wyjścia i miałabym się czym pochwalić, gdybym dostała od nich dobre referencje. Pewnie ten Patton Fletcher zna każdego prezesa firmy w kraju… Albo jego ojciec zna.
Szukając informacji o Fletcher International, napotkałam mnóstwo artykułów o George’u Fletcherze, ale już o jego synu niekoniecznie.
– Nie pozwól sobą pomiatać – w jej głosie pojawia się troska – nie wiem, czy robił to celowo, czy po prostu taki jest…
– A co będę mogła na coś takiego poradzić? To on jest szefem.
Zastanawiam się, czy powie mi, co jej się tu przydarzyło. Cofam się myślami do chwili, kiedy Renée zaczęła staż w księgowości w FII. Wydawało się, że świetnie jej idzie. Znalazła się w rankingu: „Najlepsza trzydziestka przed trzydziestką” według „Nashville Magazine”.
Egzamin zawodowy zdała za pierwszym razem… A rok później zniknęła.
Przestała odbierać telefony, a kiedy zadzwoniłam do biura, jakaś kobieta powiedziała, że już tam nie pracuje. Musiałam rzucić wszystko w środku zaliczeń, gnać autobusem przez całe miasto do East Nashville, gdzie wynajmowała tanie mieszkanie. Wyglądała, jakby od dawna nie wstawała z łóżka.
Nie chciała powiedzieć, co się stało. Powtarzała tylko, że to rzuciła. „To” oznaczało wszystko, co jest związane z jej wykształceniem, z księgowością.
Tamtej wiosny, podczas przerwy w zajęciach, zamiast wyjechać do South Walton, jak planowałam, spędziłam tydzień, pomagając jej w przeprowadzce do Savannah, do niewielkiego domu po rodzicach, tuż pod czujnym okiem pani Hazel Wakefield, ich dawnej sąsiadki.
Teraz Renée pomaga pani Hazel prowadzić jej sklep z pamiątkami na Tybee Island, a na czynsz zarabia sprzątając staruszce dom, załatwiając dla niej różne sprawy, gotując. Po tym, jak porzuciła karierę i została tylko z pętlą na szyi w postaci kredytu studenckiego do spłaty, nie ma innego wyjścia.
– Chcesz mojej rady w sprawie Pattona Fletchera? – parsknęła, jakby miało to zająć cały dzień. – Nie wspominaj o jego ojcu. Wkurza go to.
Zmarszczyłam brwi.
– Rozumiem. Coś jeszcze?
Albo to winda jedzie za szybko, albo to ona mówi za wolno.
– Nigdy nie ubieraj się cała na czarno. Nie znosi tego.
– Cholera. – Patrzę na swoje czarne spodnie i pasujący do nich czarny żakiet. – Muszę kupić jakąś apaszkę w przerwie na lunch.
– Zły pomysł. Apaszek nie znosi jeszcze bardziej.
– O co mu chodzi?
Zaciskam usta, wzbiera we mnie chęć walki. Stąd moja ksywka –Rocky. Mój tata ją wymyślił, bo jeszcze kiedy byłam mała, nigdy nie odpuściłam żadnemu łobuzowi, który mi dokuczał.
– Pamiętasz, kiedy byłyśmy małe, często mówiłaś: „Nie będziesz mną rządzić”.
– No i?
– Nigdy nie mów tak do Pattona Fletchera. – Nim udaje mi się odpowiedzieć, dodaje: – Ale też nigdynie przestawaj powtarzać sobie tego w myślach. Chyba w głębi duszy jednak to lubi. W jego głosie słychać zło.
– Cóż…
– Patton Fletcher to diabeł. – Renée podnosi głos. – Może nie sam Belzebub, ale na pewno jeden z jego pomagierów.
– Nie boję się go.
Nie pozwolę żadnemu aroganckiemu młodemu prezesikowi pozbawić mnie marzeń – jeśli to właśnie zrobił Renée.
Winda się zatrzymuje, a ja zastanawiam się, czy przypadkiem nie przyjęłam tej pracy właśnie po to, żeby udowodnić, że my – dziewczyny z rodziny Morganów – mamy charakter, że jesteśmy twardsze, niż wyglądamy.
– Co by się nie działo, nie wolno ci się w nim zakochać. – Jej ton staje się tak poważny, że chce mi się śmiać.
– Nie mam takiego zamiaru.
– Sprawdziłam rano twój znak zodiaku. Dziś jest dobry dzień na nowy początek.
Staję w drzwiach. W samą porę. Kiedy zaczyna gadać o horoskopach i holistycznych rozwiązaniach, mam dość.
– Dzięki, siostra. Muszę kończyć. Kocham cię!
– Ja ciebie też. Trzymaj gardę.
– Dobra. – To nasze tradycyjne pożegnanie, nawiązanie do boksu.
Rozłączam się. Młody, szczupły mężczyzna w błękitnej koszuli i łososiowych spodniach za kontuarem recepcji odkłada słuchawkę i posyła mi szeroki uśmiech.
– Witamy we Fletcher International, w czym mogę pomóc?
– Dzień dobry, nazywam się Rock… Eee, Raquel Morgan. Miałam się zgłosić do Sandry.
– Ach! Pani jest tą nową. Chwileczkę.
Czekam. Recepcjonista wciska kilka guzików i mówi coś szybko do słuchawki.Mam krótką chwilę, by się rozejrzeć po eleganckim halluwykończonym ciemnym drewnem i szkłem, zanim mężczyzna zrywa się ze swojego fotela i wskazuje mi drzwi do biura.
– Proszę tędy. Sandra już na panią czeka.
– Dziękuję…
– Dean.
Uśmiecha się i odwraca, by odebrać telefon. W hallu pojawia się Sandra.Od razu zwracam uwagę na jedwabną lawendową bluzkę i beżową ołówkową spódnicę. W porównaniu z tą dwójką, czuję się jak ponury żniwiarz…
To absurd! W tym kostiumie wyglądam bardzo profesjonalnie. Pod spodem mam kremową jedwabną bluzkę… Zdejmę żakiet, jak tylko znajdę się w swoim gabinecie. I po problemie.
– Witamy na pokładzie! Miło powitać nową dziewczynę w tym stadzie samców.
Jej brązowe oczy za ciężkimi szylkretowymi oprawkami błyszczą. Z miejsca czuję do niej sympatię.
– Tak. – Uśmiecham się z zakłopotaniem i spuszczam wzrok. – Chyba za bardzo się wystroiłam.
– Podobno nie można się za bardzo wystroić.
– No nie wiem… –Nie wiem, co powiedzieć. Pasuję do nich wszystkich jak wół do karety i nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Sandra prowadzi mnie korytarzem – po jednej stronie znajdują się gabinety z oknami wychodzącymi na miasto, po drugiej – boksy z komputerami.
– Twój gabinet jest pośrodku.
Czy to znaczy, że będę tu robić za Głupiego Jasia?
Wchodzę do całkiem dużego pokoju, ma duże okno wychodzące na rzekę. Na biurku z ciemnego drewna stoi laptop, wygląda na nowy. Obok leży kartka. Po drugiej stronie stoi pudło z dokumentami, jest jeszcze jedno na podłodze.
Kładę torbę na rdzawoczerwonym fotelu biurowym.
– Nieźle.
– Gabinet Tarona jest na rogu, po prawej. – Sandra wskazuje ręką. – A Jerry’ego po przeciwnej stronie. Chyba obu już poznałaś, prawda?
– Tak! – Uśmiecham się. – Przeprowadzali ze mną rozmowę wstępną.
Puszcza do mnie oko.
– Chyba obu im zależało na znalezieniu dobrego sąsiada.
Dzięki Sandrze trochę się uspokajam. Nie wiem dlaczego w ogóle się denerwowałam. Gdy tylko kobieta wyjdzie, mam zamiar wysłać SMS-a do Renée i podziękować jej za ostrzeżenia.
W tej chwili jednak zza Sandy wyłania się ciemna postać.
– Sandra, utwórz teczkę dla klienta z Madagaskaru.
Do naszej rozmowy dołącza głęboki, wyrazisty głos. Sandra aż podskakuje i się odwraca. Czuję na sobie ciemne oczy patrzące spod zmarszczonych brwi.
– Panie Fletcher,to nasza nowa pracownica, Raquel Morgan. Przejmuje zagranicznych klientów dla Tarona.
Serce wali mi jak oszalałe. W głowie mam jedną myśl – wow.
– Dla Tarona?
Jego twarz się napina. Spogląda na prawo, w stronę gabinetu Tarona, jakby potrafił przeniknąć wzrokiem przez ścianę. Przez chwilę myślę, że może potrafi… Jako diabeł i w ogóle.
– Tak, Raquel Morgan… – powtarza Sandra i wskazuje na mnie, dokonując oficjalnej prezentacji.–Patton Fletcher.
– No tak. Witamy – rzuca Fletcher.
Wygląda na wkurzonego, a ja nie potrafię wydusić z siebie słowa. Nigdy jeszcze nie spotkałam kogoś tak młodego, a jednocześnie tak onieśmielającego. Ciemne włosy, odgarnięte z twarzy do tyłu, lśniącymi falami opadają na brzeg kołnierzyka jego koszuli. Ramiona ma szerokie. Bicepsy ledwo mieszczą się w rękawach niebieskiej marynarki, kiedy wyciąga w moją stronę elegancką dłoń – długie palce, wypielęgnowane paznokcie. Spod białego mankietu widać fragment tatuażu.
Chryste, weź się w garść.
Nasze palce się stykają, czuję, jak przepływa przeze mnie fala gorąca.
– Dziękuję – mówię z wytrenowanym spokojem, ale czuję się słabo.
Dlaczego nikt mi nie powiedział, że ten diabeł jest tak obłędnie przystojny?
– W takim razie teczka Madagaskaru idzie do niej.
Wręcza Sandrze szarą kopertę, a ona przekazuje ją mnie.
– To dziewczyna w twoim typie. – Patton mruży oczy, a Sandra mówi dalej: – Raquel potrafi mówić w pięciu językach.
– Czytać – wtrącam. – Przepraszam… Biegle mówię tylko jednym. Oprócz angielskiego, oczywiście. Ale w pozostałych biegle czytam. Z jakiegoś powodu czytanie jest łatwiejsze, niż mówienie.
Co ja bredzę? Przestań gadać, Rocky.
– Mam nadzieję, że tym, w którym mówią na Madagaskarze.
Głos Pattona brzmi lekceważąco, odwraca się, jakby miał odejść.
– Po francusku – mówię nieco głośniej – na Madagaskarze mówią po francusku. Ma pan szczęście.
Odwraca się do mnie. Uśmiecham się, by zatrzeć nie najlepsze pierwsze wrażenie. Jestem zawodowcem, nie jakąś mdlejącą z wrażenia nastolatką. Mierzy mnie od góry do dołu mrocznym spojrzeniem. Czuję, jak uginają się pode mną kolana.
– Wybierasz się na pogrzeb?
Jego sarkazm wywołuje we mnie złość. Jednak uśmiech nie schodzi mi z ust. Pamiętam, co powtarzała mi Renée, moją mantrę – pracuję w jednej z najlepszych firm w Nashville. Słyszałam, że to bardzo profesjonalne miejsce.
Kącik jego ust drga– nie wiem, czy to kiełkujący uśmiech, czy grymas. Przez chwilę myślę tylko o jego pełnych wargach, ale przeganiam tę myśl. Patton Fletcher mnie sprawdza, tak jak uprzedzała mnie siostra. Nie obejdzie się bez walki, ale nie mam zamiaru się wycofać.
– Następnym razem wybierz coś kolorowego. Zależy nam, żeby nasi klienci wynieśli pozytywne wrażenia ze współpracy z nami, nie depresję.
Gbur!
Wychodzi, a ja nie potrafię się powstrzymać.
– Myślę, że poradzę sobie z doborem garderoby. – To jak mały prztyczek w nos.
– Wkrótce się przekonamy.
Zerka na mnie przez ramię. Też się drażni?
– Już od dawna sama się ubieram – dodaję.
Mogłabym powiedzieć, że jako szanujący się diabeł, to on powinien nosić tylko czerń… Ale nie mówię.
– Pracujesz tu dłużej ode mnie?
Na to pytanie nie chcę odpowiadać.
– Właśnie. – Odwraca się do Sandry. –Powiedz Taronowi, żeby do mnie wpadł, jak przyjdzie. O dziesiątej mamy wideokonferencję z Hastingsem i Keyem.
To chyba koniec. Uświadamiam sobie, że przestałam oddychać. Nabieram powietrza, kiedy wskazuje na mnie.
– Jutro spotkanie z Madagaskarem przez Skype’a. Sandra dopilnuje, żebyś miała wszystko, co potrzeba na dysku G. Masz być gotowa.
– Będę.
Wychodzi. Spoglądam na szarą kopertę, którą trzymam w dłoniach. Szlag. Co muszę wiedzieć na jutro?
Kiedy podnoszę wzrok, Sandra się uśmiecha, jedną brew ma uniesioną.
– Chyba musisz się brać do pracy. Hasło i wszystko, czego potrzebujesz, masz na kartce przy laptopie. Gdybyś potrzebowała czegoś jeszcze, daj mi znać.
Wychodzi i zostawia mnie samą w gabinecie, ale słyszę, jak odchodząc, mówi:
– Będzie wesoło.



[1] MBA (Master of Business Administration) – program typu MBA jest jednym z najbardziej cenionych sposobów kształcenia menagerów. Kurs MBA zapewnia ogólną wiedzę z zakresu biznesu i zarządzania, uzupełniającą nabytą wcześniej na uczelniach specjalistycznych (przyp. red.).

Czujecie się zachęceni tym fragmentem?


2 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...