sobota, 7 maja 2016

"7 km od Jerozolimy" - Pino Farinotti


„- Masz zamiar znów stać się żywy?
- Nie. Nie tutaj. Zobaczymy się… gdzie indziej.
To zrobiło na mnie wrażenie.
- Wiesz kiedy?
- Tak.
- Powiesz mi?
- A chciałbyś wiedzieć?”

Wiara religijna, także i dziś często wystawiana na wiele prób, bywa tematem trudnym. Miewamy chwile wątpliwości prosząc o znak i z pewnością byłoby nam łatwiej, gdybyśmy ujrzeli Boga na własne oczy. A jednak o to chodzi w wierze, by pokonać kryzys tkwiąc w przekonaniu, że istnieje ktoś, kogo kiedyś przyjdzie nam zobaczyć. Z Bogiem spotykamy się w modlitwie i podczas mszy świętej. Przywołujemy go w myślach kierując do niego prośby i błagania. Co byście jednak zrobili, gdyby pewnego dnia na Waszej drodze stanął mężczyzna, człowiek, którego moglibyście dotknąć i który powiedziałby Wam, że jest Jezusem? Czy uznalibyście go za szaleńca?  Co, gdyby się okazało, że zostaliście wybrańcami? W klimacie tych pytań pragnę zaprosić Was do zapoznania się z recenzją książki „7 km od Jerozolimy”.

Czterdziestoletni Aleksander, specjalista od reklamy, utknął w dołku z którego nie potrafi się wydostać. Legło w gruzach jego małżeństwo, praca i sens życia, a pewien wypadek prawie oddelegował go na tamten świat. Powątpiewając w istnienie Boga, na wskutek wygranej wycieczki trafia do Ziemi Świętej, do Jerozolimy, która pozostawi w nim wieczny, niezniszczalny ślad. Otóż przemierzając drogę do Emaus zauważa idącego za nim mężczyznę odzianego w tunikę, noszącego brodę i długie włosy. Czy to aktor? Szaleniec? To Jezus, bo właśnie takim imieniem przedstawia się owa tajemnicza postać, w której autentyczność Aleksander nie potrafi uwierzyć. Niecodzienna rozmowa skłaniająca do głębszego zastanowienia, trudne do rozgryzienia znaki zapytania, ale i dające do myślenia nietypowe zjawiska sprawiają, że w sercu głównego bohatera zaczyna się coś dziać. Kim jest ów mężczyzna? Czy w dobie współczesności Aleksander naprawdę spotkał Jezusa? Czy ta wyprawa zmieni jego życie i czy zmieni go na lepsze?

Głównym bohaterem książki jest człowiek nowoczesny, spychający wiarę w Boga na boczny tor – przedstawiciel współczesnego ludu, w którym wielu z nas dostrzeże siebie. Zagubiony w swoim życiu, odnosząc kolejne klęski w sferze zawodowej i prywatnej, traci nadzieję na ratunek próbując skorzystać z ostatniej deski ratunku, jaką jest wyjazd do Jerozolimy. Czy jednak można liczyć na szansę samemu w nią nie wierząc? Bóg wyciąga pomocną dłoń w kierunku wszystkich, ale z pewnością wymaga też ludzkiego zaangażowania. Spotykając Jezusa Aleksander nie do końca mu ufa, bo przecież każdy z nas miałby w takiej sytuacji podobne uczucia. Prędzej pomyślelibyśmy, że ktoś próbuje nas wkręcić. Jednak moc słów napotkanego mężczyzny i niektóre wydarzenia zaczynają wzniecać różnorodne domysły, przypuszczenia, że z pewnością dzieje się coś niezwykłego. Obserwując powolną metamorfozę głównego bohatera zastanawiamy się nad tym, czy jego życie zmieni się na lepsze? Czy uwierzy on w to, w co dotąd powątpiewał?

Akcja powieści rozgrywana jest na dwóch płaszczyznach czasowych. Pierwsza dotyczy teraźniejszych wydarzeń mających miejsce u bram Ziemi Świętej. Druga sięga przeszłości głównego bohatera, kiedy jako człowiek pochłonięty prac ą zmierzał powoli w kierunku przykrego końca. Taki zabieg literacki buduje pełen obraz, a sylwetka Aleksandra staje się jeszcze wyraźniejsza i bliższa. Pomimo tego, że na pierwszym planie staje właśnie ów czterdziestolatek, niemniej istotną rolę pełni tutaj mężczyzna podający się za Jezusa. Nie zawsze prosto odpowiadając na pytanie buduje wokół siebie aurę tajemnicy, toteż kreację tejże postaci uważam za całkiem udaną, pomimo jednego mankamentu. Miałam wrażenie, że chwilami dialogi pomiędzy Jezusem, a Aleksandrem nabierają sztuczności. Z drugiej strony, mamy do czynienia z kimś wyjątkowym, z bohaterem niecodziennym, więc całkiem możliwe, że tak właśnie miało to wyglądać.

Ciekawy i odważny pomysł autora wzbudził moją ciekawość, a sama książka wniosła w moją codzienność radość i nadzieję. Powieść skłania do refleksji, do wyciszenia się i analizy własnego życia. Sporo tutaj mądrości, zdań wartych przemyślenia, bo przecież symbolika Jezusa kroczącego obok głównego bohatera dla chrześcijan może mieć nieco głębsze znaczenie. Niewidoczny Syn Boży jest wszędzie, także obok nas i powinniśmy popatrzeć na niego oczyma duszy, bo właśnie na tym polega wiara, że tkwi w nas przekonanie o istnieniu kogoś, kogo nie możemy zobaczyć.

Książkę polecam tym, którzy pędząc przez życie zaślepieni żądzą pieniądza czują potrzebę oddechu. Ta powieść może się nim okazać. „7 km od Jerozolimy” to lektura niosąca przesłanie i chociaż nierozerwalnie wiąże się z tematyką religijną, pamiętajmy, że główny bohater początkowo nie należał do tych, którzy usilnie szukają Boga. Może dzięki tej lekturze odnajdziecie Go i Wy.

moja ocena: 4/6
wydawnictwo: Jedność
ilość stron: 326
rok wydania: 2015 (wydanie II)

Ciekawostka! Książka doczekała się ekranizacji.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Jedność.
 http://www.jednosc.com.pl/

6 komentarzy:

  1. Nie mam pojęcia, co zrobiłabym na miejscu tego Pana, jednak z chęcią sprawdzę tą książkę. Jestem nią zaintrygowana. Przy okazji dodam, że "Ćpun w Kościele" tak jak pisałaś i jak się spodziewałam to wspaniała książka, dopiero teraz gdy tematyka zachodzi na religię postanowiłam doczepić to tematycznie. Zdumiewająca i przyznam, że latałam z nią po domu jak opętana. Uronić łzy również mi się udało. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co :) Cieszę się, że książka przypadła Ci do gustu :*

      Usuń
  2. Chyba mało kto uwierzylby, że spotkał Jezusa. Raczej dzwonilby na pogotowie zamiast rozmawiać:) książka wydaje się być mocno refleksyjna, z chęcią bym przeczytała.

    OdpowiedzUsuń
  3. W tej chwili nie mam jakoś chęci na tego typu książkę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba nie dla mnie tym razem :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hm, na razie mi chyba nie po drodze z tą książką, ale może w przyszłości zmienię zdanie :)

    OdpowiedzUsuń