środa, 18 maja 2016

Wywiad z Barbarą Czaykowską-Kłoś


źródło
O Autorce
Barbara Czaykowska-Kłoś urodziła się 19 lipca 1944 roku we wsi Głębokie na Rzeszowszczyźnie. Jej rodzice, czynnie związani z Armią Krajową, w wyniku wojennej zawieruchy osiedlili się na Śląsku, żeby po latach zadomowić się na dobre w Warszawie. Sztuka kulinarna zawsze była dla autorki wielką pasją. Niedawno, nakładem wydawnictwa Bernardinum pojawiła się jej pierwsza książka „Historie kuchenne. O miłości, rodzinie i sile tradycji”. 

(źródło informacji: ksiegarnia.bernardinum.com.pl)

Zapraszam do przeczytania wywiadu z panią Basią. Przypominam, że pytania zadaliście jej Wy sami w konkursie patronackim, w którym do zdobycia była jej książka.

– Pomimo tego, że Pani życie przeplata się wieloma smakami, jeden zapewne musi się szczególnie wyróżniać. Które danie mogłoby opowiadać o Pani – począwszy od wyglądu, po smak i – zapewne – głębokie w doznaniach smakowych wnętrze? Byłoby kruche, a może soczyste lub płynne?

– Chleb. Chleb wyróżniam szczególnie. Może być wieloraki: z kminkiem, czarnuszką, najróżniejszymi jadalnymi pestkami i nasionami. Z olejem, masłem, z miąższem dyni, utartą marchewką, selerem, ciemny, biały, na słono, na słodko... Może stanowić smakowite naczynie, w którym podamy gulasz, boef Strogonow, bigos, leczo, pieczarki pod beszamelem, zeszkloną cebulkę z kiełbasą i wiele, wiele innych dań. Dodatkiem do chlebowych potraw mogą być wszystkie sałatki świata, poza tym piwo, wino, kwaśne mleko, maślanka... Chleb to ogromny wachlarz możliwości.

– Czy zdarzyło się kiedyś, że – pomimo znajomości wielkiej ilości przepisów – nie miała Pani pomysłu, co ugotować danego dnia lub na jakąś szczególną okazję? Taki stan à la „nie mam się w co ubrać” znany niemal każdej kobiecie?

– Codzienne menu, od lat bez mała trzydziestu, nie sprawia mi kłopotów, zwłaszcza od kiedy zajmuję się wnukami. Staram się, by posiłki dla moich maluchów były zdrowe, pożywne i lekkostrawne, tym bardziej, że jeden z moich skarbów jest klasycznym niejadkiem.
Bazuję na jarzynach. Na wywarach warzywnych gotuję np. niewielkie, owalne pulpeciki drobiowe, które przyrządzam z mięsa, jaj, sporej ilości natki pietruszki i koperku, czasem dodaję trochę mąki kukurydzianej. Osobno gotuję cieniutkie lane kluseczki. Niejadek dostaje dokładnie odcedzony rosół z mięsnymi pulpecikami i lanymi kluseczkami, a dziewczynki pełen zestaw z jarzynami. To jedna z wielu propozycji dla dzieci. Prosty, smaczny i pożywny posiłek.
Jeśli chodzi o menu na „szczególną okazję”, zawsze najpierw wymyślam deser. Trochę dziwacznie, ale tak mam. Jeżeli uznaję, że deser powinien być wykwintny, to on wymusza odpowiedni obiad – wiele takich przykładów jest w moich „Historiach kuchennych”.

– Jak wyglądałaby Pani wymarzona restauracja, gdyby przyszło ją Pani zaprojektować, wymyślić od początku, stworzyć? W jakiej kuchni by się specjalizowała, w jakim mieście by ją Pani umieściła i jakich ludzi chciałaby Pani tam widzieć?

– Wymarzone restauracje są dwie. Tę pierwszą – „Strudel” – opisałam w książce „Historie kuchenne”. Jestem wielką miłośniczką strudla pod najróżniejszymi postaciami. Druga restauracja nazywałaby się „Grzanka” – tę opisałam w drugiej części „Historii”. W obydwu byłyby pyszne dania podawane na słono i na słodko. Proste, niedrogie a zarazem eleganckie, smaczne i sycące...
Mieszkam w Warszawie, więc pewnie tu bym je otworzyła. Najchętniej w otulinie lasu Kabackiego. Restauracje miałyby duże okna bez firanek, za oknami mnóstwo zieleni i kwiatów. Wewnątrz kilka reprodukcji Moneta, którego bardzo lubię. Na stołach białe obrusy, biała zastawa, ładne sztućce. Pod stołami miski z wodą dla czworonogów.
Jakich ludzi chciałabym tam widzieć? Głodnych – jak wchodzą i sytych – jak wychodzą.

– Czy Pani książka w jakiś sposób nawiązuje do filmu „Historie kuchenne” wyreżyserowanego przez Benta Hamera w 2003 roku?

– Nie znam tego filmu.

– Czy była Pani świadkiem miłosnych scen w kuchni?

– Osobiście wolałabym inną scenerię: wysokie trawy, wśród maków i chabrów, z koncertującymi ptakami w tle... Choćby i w towarzystwie mrówek.
Nie jestem podglądaczką, nie widziałam więc kuchennych „amoroso”. Pamiętam jednak pewną scenę erotyczną w którymś z rodzimych filmów. Para aktorów w jakimś miłosnym amoku (chyba w kuchni!) depcze na wielkich stołach drożdżowe ciasta i mak, po czym, padając, rozgniatają dziesiątki pięknie wyrośniętych makowców...

– Nie lubię gotować, męczy mnie wymyślanie nowych potraw, zwłaszcza że w mojej rodzinie każdy preferuje co innego na talerzu. Czy gotowanie było od zawsze Pani pasją, czy jest jakiś sposób, aby je polubić?

– Zawsze kochałam gotowanie, fascynowało mnie poznawanie starych receptur i wymyślanie nowych smaków. Myślę że dobrym sposobem na polubienie gotowania jest szukanie prostych przepisów i smaków, które się lubi, a potem stopniowe łączenie ich z różnymi dodatkami, przyprawami. Takie smakowanie i eksperymentowanie daje radość i sprawia, że codzienne gotowanie nie jest nudne. Dodawanie różnych przypraw do tej samej potrawy tworzy całkowicie odmienne dania. A ugotowanie czegoś smacznego w domu budzi apetyt na nowe poszukiwania i próby.
Moim sposobem na różnorodne preferencje kulinarne, poza kompromisem, jest zrobienie wspólnej bazy, którą lubią wszyscy, i różnych dodatków, jakie można, ale nie trzeba, włożyć na talerz. Istnieje wiele możliwości, można dowolnie fantazjować. Mam nadzieję, że polubi Pani gotowanie. Pozdrawiam serdecznie.

– Czym jest kuchenny stół scalający więzi zgromadzonej przy nim rodziny? Jakim odbija się echem na życiu domowników?

– Stół to dla mnie symbol rodziny. To nie tylko mebel. Nieważne czy jest duży, czy mały, skromny sosnowy, czy dębowy na toczonych wielkich nogach, matowy, czy na wysoki połysk. Nieważne czy zasiada przy nim dwoje, troje, czy dziesięcioro domowników. Ważne, by nie nakrywano go ceratą, bo powinien być ciepły, choćby z jednym świeżym kwiatkiem.
Stół to słuchanie, wzajemne usługiwanie sobie. Podajemy sobie chleb, masło, cukier, kawę, herbatę. Rozmawiamy o przyjemnościach, o kłopotach, o planach, o marzeniach... Taki stół to miejsce, które łączy rodzinę, uczy bliskości, daje siłę na całe życie. Jeżeli mamy w domu rodzinnym takie miejsce, to odchodząc z niego, wynosimy ze sobą wiele skarbów – dobrych nawyków. Potrafimy być usłużni wobec drugiej osoby, potrafimy słuchać, pomóc, kiedy jest taka potrzeba... Obdarzamy się wzajemną przyjaźnią i miłością... Tworzymy „nowy stół” i przy nim zasiadamy bogatsi o tradycję – potężną bazę, która pomaga nam w zmaganiu się z codziennością.
Stół to więź, której – moim skromnym zdaniem – nic nie jest w stanie zastąpić.

– Czy napisanie książki było jednym z Pani dawnych planów i marzeń? A może ów pomysł zrodził się całkiem niedawno?

– Nigdy nie marzyłam o napisaniu książki, zwłaszcza kucharskiej. Owszem, pisałam bajki moim dzieciom – do szuflady – i spisywałam różne spostrzeżenia, które miały mi pomóc w często niełatwym życiu. Po to, by nie wpaść w cierpiętnictwo, „trzymać się ramy”. To szkoła wyniesiona z domu. Tatuś często powtarzał „głowa do góry, może być gorzej”...
Książka powstała z przypadku. Postanowiłam zebrać luźne, często wręcz rozpadające się kartki i karteczki w jedno, by choć tu zostawić po sobie jakiś ład. I zaczęło się! Ruszyła prawdziwa lawina wspomnień, które często były powiązane z odnalezionym przepisem, z jakąś poradą. Stąd tytuł książki „Historie kuchenne. O miłości, rodzinie i sile tradycji”.
I tak, ku własnemu zaskoczeniu, kończę teraz drugą część swoich „Historii”, a w głowie mam pomysł na trzecią książkę.

Dziękuję za wszystkie pytania.
Bardzo serdecznie Panie pozdrawiam i życzę wszelkiej pomyślności w codziennym życiu.

Barbara Czaykowska-Kłoś

3 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy wywiad. Tyle ciepła emanuje od Pani Barbary. Jestem zachwycona pomysłem restauracji, w której pod stołami będę miski dla maluczkich. Chętnie taką odwiedzę. Chleb...jakże obrazowo Pani do niego nawiązała. Prawie poczułam zapach. Smacznie, oj smacznie. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Głowa do góry, może być gorzej" - staram się trzymać tego hasła na co dzień.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny wywiad. Chętnie sięgnę po książkę pani Barbary. ten wywiad mnie do tego przekonał.

    OdpowiedzUsuń