wtorek, 5 stycznia 2016

"Zima koloru turkusu" - Carina Bartsch


„Byliśmy jak dwoje napiętnowanych ludzi, którzy w różny sposób kompensowali swoje doświadczenia, ale w gruncie rzeczy niewiele ich różniło. Czy to nas połączyło?”

Kończąc czytanie powieści „Lato koloru wiśni” wiedziałam, że nie wytrzymam zbyt długo i czym prędzej sięgnę po drugą część. Angażując się w życie głównych bohaterów trudno postąpić inaczej, bo autorka sprytnie zadbała o to, by zauroczonych losami Emely i Elyasa czytelników pchnąć dalej, zniewalając i nie pozostawiając wyboru. Tym sposobem i ja sięgnęłam po kontynuację zatytułowaną „Zima koloru turkusu”. Czy niemiecka autorka i tym razem zdobyła moje uznanie? Czy chłopak o wyjątkowych oczach ponownie mnie zauroczył? Czy moje przewidywania względem tej części sprawdziły się?

Była miłość, nienawiść, a teraz jest … cisza. Emely nie dostaje od Elyasa żadnego znaku życia. Nie ma złośliwych uwag, nachalności, ale nie ma też tej ekscytacji, która ostatnio coraz częściej pojawiała się w życiu dziewczyny dokładnie wtedy, kiedy ów chłopak znajdywał się tuż obok niej. Co się stało? Czy kolejny raz niesłusznie mu zaufała? Czy wydarzyło się coś, o czym Emely nie ma pojęcia? A może znowu czeka ją rozczarowanie, bo przecież jeżeli chodzi o Elyasa, nie byłby to pierwszy raz.

Właśnie trwa impreza Halloweenowa. Już na samym początku Emely dostrzega Elyasa przebranego za wampira. Jednak zachowanie chłopaka wydaje się jej nadzwyczajnie odmienne. Unika ją, nie zaszczyca rozmową i odchodzi dokładnie wtedy, kiedy ona próbuje się do niego zbliżyć. Czy teraz właśnie tak będzie wyglądała ich relacja? Wkrótce jednak dzieje się coś, czego dziewczyna z pewnością się nie spodziewała. Kilka wymienionych zdań, rosnące emocje i pocałunek uświadamiający jej to, że Elyas nigdy nie był i z pewnością nie jest jej obojętny. Czy zatem wyzbyci żalu stworzą związek, który da im szczęście? Nie tak szybko, ponieważ jedno z nich chowa tajemnicę mogącą zmienić wszystko…

Zawiła sytuacja relacji Emely i Elyasa na wykresie przypominałaby intensywnie poruszającą się amplitudę. Kiedy wydaje się, że już wszystko zostało stracone, gdzieś w mroku pojawia się światełko nadziei. Zaś w chwili, gdy przepełnionemu ufnością uczuciu nic nie stoi na przeszkodzie, jeden problem rozwala całą konstrukcję, która okazuje się krucha niczym domek z kart. Ale kiedy w grę wchodzą nierozwiązane konflikty z przeszłości, głęboko chowane urazy i co najgorsze – tajemnice, stworzenie stabilnego związku nie jest możliwe. Pytanie tylko, czy bohaterowie uświadomią to sobie na czas? A pamiętajmy, że ten często bywa nieubłagany.
 
„Zima koloru turkusu” różni się od pierwszej części stylem oraz kreacją bohaterów, którzy jakby przechodzą delikatną metamorfozę. Znikają docinki, głupkowate uwagi czy kąśliwe komentarze. Gaśnie bitwa na słowa i młodzieńczy humor. Żarty się kończą, bo w grę wkraczają ludzkie emocje i prawdziwe uczucia, które mogą zranić i zniszczyć znaczną część czyjegoś życia. Autorka kolejny raz nie zrezygnowała z dialogu, który przeważa nad opisami, nie wychodząc jednak nader widocznie na pierwszy plan, tak jak było to w przypadku „Lato koloru wiśni”. Pojawia się wrażliwość, wyznania i spowiedź, bo tylko oczyszczając umysły i dusze można zacząć pisać sobie kolejny, zupełnie nowy rozdział. Jest romantyczniej, znacznie namiętniej i z pewnością o wiele obficiej w emocje. Carina Bartsch sypie doznaniami jak z rękawa, a pożywiony nimi czytelnik przeżywa smutek, radość, złość, ekscytację i tak w koło.

Podsumowując, drugą część losów Emely i Elyasa uważam za bardzo udaną. Porwało mnie tutaj wszystko. No prawie… Bo można powiedzieć, że jedna z zagadek była dla mnie zbyt przewidywalna – stąd nie czułam szoku po jej ujawnieniu. Na to mogę jednak przymknąć oko. Ciekawym doświadczeniem była dla mnie właśnie ta widoczna zmiana dotycząca nie tylko zachowań bohaterów, ale i sposobu ich wysławiania się. Cenię sobie kontynuacje, które całkowicie przekonują mnie do słuszności swojego istnienia. Niejednokrotnie bowiem spotykam się z oporną treścią kolejnych części, które egzystują tylko po to, żeby być i przynosić autorom większe profity. „Zima koloru turkusu” to książka, która z pewnością taka nie jest. Możecie więc bezpiecznie sięgać po obie części i cieszyć się wspaniałą historią bohaterów, którzy zasługują sobie na to, by zdobyć pokaźne rzesze fanów. Polecam ją w szczególności młodzieży, ale i nieco starszym – wciąż czującym się młodo romantyczkom, które pośród gatunku New Adult szukają czegoś wyjątkowego.

moja ocena: 5/6
wydawnictwo: Media Rodzina
ilość stron: 454
data wydania: październik 2015 

P.S. Zauważcie, że do zdjęcia zrobiłam sobie kawę w filiżance. Przyznam szczerze, że zawsze piję z kubka - więcej się mieści ;-) Ale kiedy teraz ją sobie z tej filiżanki piję, jakoś tak lepiej smakuje. Odwdzięcza się za umieszczenie jej wizerunku na blogu? A może to moc filiżanki ;) Chyba się przerzucę.

5 komentarzy:

  1. Trzeba spróbować i książki i kawy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Narobiłaś mi chęci na tę serię, ale najpierw "Lato koloru wiśni" muszę przeczytać:)

    www.ksiazkoholiczka94.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. No to teraz mam jeszcze większą ochotę na tom pierwszy. :D Troszkę, co prawda, zmartwił mnie brak kąśliwych uwag itp. (bo ja lubię takie :P), ale myślę, że przeżyję. Muszę iść szukać części pierwszej. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo się cieszę, że ci się podobała i masz dobrą opinię.
    Mnie trochę zdziwiło co powiedział na końcu, ale w sumie jak dla mnie było pewne, że będą razem. :)

    OdpowiedzUsuń