sobota, 9 stycznia 2016

"Kilasymandry. Jak Madagaskar nauczył mnie kochać" - Daniel Kasprowicz


„[…] Madagaskaru nie można ubrać w słowa. Nie można go ani opisać, ani też dobrze zrozumieć.
[…] Po drugie, nie powinniśmy na siłę starać się rozumieć Malgaszów. Tym bardziej nie powinniśmy starać się rozumieć ich przez pryzmat naszego świata.”

Podróże kształcą, przyoblekają człowieka w nową, wartą uwagi wiedzę. Poszerzają horyzonty pojęcia na temat tego, co nas otacza i pozwalają na zebranie kolekcji wspomnień, którymi możemy dumnie pochwalić się przed znajomymi. Coraz częściej wyjeżdżamy do krajów egzotycznych, orientalnych, odległych nam kulturowo. Pochłaniamy cudowne skrawki Ziemi wszystkimi zmysłami i odhaczamy na swojej liście kolejne punkty, które zamierzaliśmy zobaczyć. Czy jednak uwierzycie, że są wśród nas tacy ludzie, którzy wyjeżdżają po to, by zobaczyć głód? Wielkie ekspedycje nie zawsze muszą kończyć się braniem od świata – czasami bowiem ich celem jest dawanie, niesienie pomocy dokładnie tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne. Przekonajcie się zatem o tym, jak wyglądał rok życia Daniela Kasprowicza, który trafił do serca klimatu równikowego. Przed Wami książka „Kilasymandry. Jak Madagaskar nauczył mnie kochać”.

Nie młodzieńczy zapał poznawania świata i nie chęć zaimponowania innym kierują Daniela na Czerwoną Wyspę. To niesienie pomocy, stawianie czoła wyzwaniom pośród głodu i ubóstwa sprawiają, że na rok pozostawia on własne życie i potrzeby, poświęcając się dla tych, o których wielu z nas nawet nie pomyśli.

Zatem nie kolejne, zwiedzone miejsca na obszernej liście są tutaj elementem docelowym, a osoby, na twarzach których choć na chwilę pragnie się wywołać szczery uśmiech. W miejscu, gdzie panoszy się głód, a mieszkańcy umierają nie mając kilkunastu groszy na odpowiednie lekarstwo, by sprawić komuś radość wystarczy jeden, mały cukierek. To właśnie w taki świat trafia młody chłopak, Daniel Kasprowicz poznający ludzkość także od tej strony, którą wielu innych sprytnie omija. Nie zasłania oczu, a idzie tam, gdzie dostaje największą lekcję życia – wśród chorób, śmierci i skrajnej biedy.

Pomoc medyczna, udział w egzotycznych ceremoniach, kontakt z tymi – którzy pośród mroku ubóstwa potrafią na co dzień wykrzesać w sobie spore pokłady wiary, nadziei i miłości. Podróż na Madagaskar to dla autora książki wyjazd na misje i z misją. To jednak także podróż, podczas której ofiarując siebie innym, dostaje w zamian prawdziwe poczucie spełnienia.

„Kilasymandry. Jak Madagaskar nauczył mnie kochać” to nie jest zwykła podróżnicza książka, w której natykamy się na opisy ciekawych miejsc, dziwnych tradycji i prześmiewczych aluzji dotyczących niezrozumiałych dla nas kultur. Nie znajdziecie więc tutaj wędrówki do każdego zakątka Czerwonej Wyspy, a jednak paradoksalnie wędrówka ma tutaj miejsce – ta pośród ubogich ludzi i pośród potrzeb, których spełnienie może ocalić im życie. Zmierzająca do szpitala matka, która przed dwa dni niesie na rękach malutkie niemowlę by móc dotrzeć do szpitala z rzeczami potrzebnymi synowi. Dzieci, dla których najcudowniejszym prezentem jest nie najnowszy komputer i najlepszy model telefonu komórkowego, a zdrowie bliskich i chociażby kostka zwykłej czekolady. Czy uwierzycie, że pośród biedy można znaleźć życzliwość? Czy to nie dziwne, że podczas gdy my mając tak wiele, stale rywalizujemy, tam – mając cokolwiek, człowiek dzieli się z wszystkimi wokół, dla siebie nie pozostawiając prawie nic. Podróż odbyta przez Daniela Kasprowicza nie polega na odkrywaniu nowego miejsca, a na poznawaniu ludzi. To właśnie Kilasymandry – Dom Dziecka, którym zaczyna się zajmować, obdarza go wspomnieniami, które na pewno pozostaną z nim do końca życia.

Od strony technicznej, książka przypomina formą zapisy pamiętnika, tudzież dziennika. Kolejne rozdziały tytułowane są konkretnymi datami, przy czym autor nie podaje systematycznych notatek, które dzień po dniu przez cały rok dałyby w efekcie obszerne tomiszcze. Omawiana publikacja liczy 224 strony i aż trudno uwierzyć w to, że Daniel Kasprowicz zapisem wcale niepokaźnej ilości kartek potrafi wskrzesić w odbiorcy lektury tak wielkie emocje i wrażenia, ale co najistotniejsze, uruchamia lawinę głębokich refleksji. Czy mając wszystko, jesteśmy szczęśliwi? Czy możemy ubolewać nad innymi podczas gdy to chyba nam, samotnym i zadufanym w sobie, należałoby współczuć? Czy zapominając o tym ułamku świata, który głoduje i umiera, mamy prawo nazywać siebie ludźmi?

„Każdego dnia historie ludzi zaskakują mnie tutaj coraz bardziej i gdy myślę już, że dzisiejszy dzień będzie tym bez dramatu człowieka, mylę się podwójnie.”

Daniel Kasprowicz – dietetyk, misjonarz świecki, podróżnik, katolik nasycony wiarą w Boga, ale przede wszystkim uczynny, pomocny i życzliwy młody człowiek, którego z pewnością chciałoby się spotkać na własnej drodze. Przepełniony pozytywną energią i odwagą, dojrzały, umiejący dostrzegać to, czego wielu po prostu nie widzi – bądź widzieć nie chce. Jego książka, bogata w mądrości nie tylko podróżnicze, ale przede wszystkim życiowe, to nie jest jedna z tych publikacji, które wciągają i puszczają dopiera na samym końcu. Tutaj warto po każdym z działów zrobić sobie chwilę przerwy na przemyślenia, a takowe nieraz nasuwają się same.

Warto wspomnieć o tym, że całkowity dochód z zakupu książki zostaje przeznaczony na działalność misyjną autora na Madagaskarze. Czy znacie takich ludzi, którzy wyciągają w kierunku innych pomocną dłoń bezinteresownie, dając z siebie tak wiele? Jeżeli nie, właśnie macie taką okazję. „Kilasymandry. Jak Madagaskar nauczył mnie kochać” to wartościowa pozycja, którą polecam tym narzekającym na swój los, nie mającym pojęcia o tym, czym jest głód i bieda. To otwierająca oczy lektura, która uchyla przed czytelnikiem rąbek tajemnicy innego świata, ale przede wszystkim uczy jego akceptacji i zwraca na niego uwagę. Jeżeli spodziewacie się typowej, literackiej wędrówki bogatej w coraz to nowe, poznawcze wrażenia – możecie się rozczarować. Ta książka jest bowiem nieco inna. Odbiega od schematu typowej literatury podróżniczej, a jednak pozwala poznać egzotycznych mieszkańców Ziemi tak dokładnie, jak żadna inna książka tego gatunku.


moja ocena: 4+/6
wydawnictwo: Bernardinum
ilość stron: 224
data wydania: październik 2015

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Bernardinum.
 Logo

5 komentarzy:

  1. Być może nie jest to zwykła książka podróżnicza...ale...ciągle mnie to nie skusi...może dla mojego brata 😃

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej nie wiem czy powiedzieć, że książka jest ciekawa czy też smutna.To naprawdę przykre, że istnieją takie miejsca na ziemi. Jestem jak najbardziej za tym żeby dochód przeznaczano, na działalność.
    Zachwycił mnie ten cytat na początku.
    Trzymaj się ciepło. :)
    http://kochamczytack.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. W pierwszym momencie myślałam, że to typowa książka podróżnicza, które zresztą bardzo lubię, ale jak doczytałam recenzję, to wiem, że ma też przesłanie. Piękne, kolorowe ilustracje, to na pewno dodatkowy atut książki.

    OdpowiedzUsuń
  4. Prześliczne zdjęcia i okładka pozdrawiam http://wiktoriaczytarazemzwami.blog.pl/:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dawno nie czytałam książki podróżniczej. Ta mnie bardzo zainteresowała.

    OdpowiedzUsuń