czwartek, 22 grudnia 2016

"Latarnia umarłych" - Leszek Herman. Trup, śledztwo i sekrety przeszłości, czyli wielki powrót polskiego autora.


„ – A czego oni mogli szukać nad Dąbkami?  […]
- Jak to czego? Czy ty dziś nie kontaktujesz, czy co? […] Wunderwaffe przecież! Cudownej broni Hitlera!”

Mocny debiut Leszka Hermana bez dwóch zdań przekonał mnie do jego twórczości. Wiedziałam więc, że kiedy pojawi się kolejna książka wyjęta spod jego pióra, stanę z nią oko w oko wyposażona w niemałe oczekiwania, bo przecież poprzez „Sedinum” autor zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko.  Nowa powieść i tajemniczo brzmiący tytuł – „Latarnia umarłych”, rozbudziły mój apetyt i pomimo tego, że grube tomiszcza mnie odstraszają, to przyciągało mnie magią zagadek i pragnieniem poznawania. Weszłam więc ochoczo na terytorium północnej Polski mierząc się z historią sięgającą czasów wojny. Czy takiej treści oczekiwałam? Zapraszam na recenzję.

ZARYS FABUŁY:
Rok 1941. Przez Pomorze przebiega fala uderzeniowa wybijająca szyby i niszcząca napotkane na drodze obiekty. Odczuwalna w promieniu kilkudziesięciu kilometrów sprawia, że w starej kaplicy cmentarnej zapada się posadzka odsłaniająca ludzkie kości.

Czasy obecne. Zajmująca się tematyką wojenną dziennikarka Paulina Weber otrzymuje wiadomość od nieznanego jej mężczyzny w podeszłym wieku. Staruszek opisuje swoje wspomnienia, które z czasem przestają wydawać się wyłącznie dobrym materiałem na artykuł. W jego listach i prowadzonym przez niego dzienniku zostają wymienione wydarzenia, które mogłoby wywołać sensację. Sęk w tym, że istnieje prawdopodobieństwo iż ów człowiek posiada jakieś urojenia. Dotąd lekceważony staje w świetle refleksów w chwili, kiedy nieznany sprawca pozbawia go życia. A w jego piwnicy zostaje znaleziony trup, ciało lotnika, które spoczywało tam od czasów wojny.

ANALIZA:
Zagadka goni zagadkę, historia odsłania swoje mroki, a na czele kolejny raz stają oni – Paulina, Igor i Johann. Zdeterminowana dziennikarka, która od pozornie błahej informacji trafia w sam środek śledztwa mającego powiązania z tajnymi akcjami organizowanymi w czasie II wojny światowej. Zniechęcony denerwującą pracą architekt, pasjonat historii, który właśnie wyczekuje odwiedzin przyjaciela. Kolejna sprawa, która pochłaniając bohaterów dobrze znanych już czytelnikom powieści „Sedinum”, wymaga jeszcze większego zaangażowania. Poszukiwania, śledztwo, niebezpieczeństwo. Na jaki ślad natrafią i jakie oblicze przeszłości odkryją?

Stare fotografie, dziennik z powyrywanymi kartkami, mapy, ciągi cyfr i skrywające zagadki kościoły. Koloseum śmierci, Wunderwaffe (cudowna broń Hitlera), Pandora i las, który mrozi krew w żyłach. Kolejny popis wyobraźni autora, kolejna wirtuozeria budowania mrocznego klimatu sensacji i przygody. Przeszłość, która pozornie nieaktualna wciąż daje o sobie znać i wydarzenia, które wręcz skłaniają do zgłębienia tematu. Oj tak, przyznam się, że co rusz korzystałam z wiedzy Internetu, by sprawdzić autentyczność różnorakich elementów fabuły. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak Leszek Herman doskonale przygotował się do napisania tej książki. Naprawdę można uwierzyć w to, że stworzona przez niego historia jest w pełni prawdziwa.

Nie tylko zaplecze historyczne i udana kreacja bohaterów wpływają na pozytywną ocenę tej powieści. Środowisko architektów, praca dziennikarzy, detale związane z nurkowaniem – mam wrażenie, że autor wpierw wcielał się w role poszczególnych osób, a potem rysował słowem postaci i otaczającą ich codzienność. Wiarygodności każdego z elementów oraz ich obrazowego przedstawienia może pozazdrościć mu niejeden owiany sławą, zagraniczny pisarz.

Nierozłączną częścią tej książki, ale i poniekąd niezbędną okazują się nieco przydługawe opisy, które potrafią dawać się we znaki, ale tylko chwilami. Zazwyczaj te dotyczące minionych lat, objaśniają poszczególne wydarzenia by utorować drogę teraźniejszości, ostatecznie klarownej pomimo wielu nawarstwiających się sekretów. Zdaję sobie jednak sprawę, że bez nich to nie byłoby to samo.  A więc jest to moje jedyne, drobne zastrzeżenie, bo cała reszta pozostawiła mnie bez słów. W pozytywnym tego wyrażenia znaczeniu.

PODSUMOWANIE:
Powieść sensacyjno-przygodowa. Książka, w której wojenne tajemnice i czasy samych Templariuszy wkradają się w teraźniejszość, by po wielu latach w końcu wyjść na światło dzienne. Historia, która porywa w głąb pasjonującego śledztwa, która pozwala na uczestnictwo w jakże wyjątkowych wydarzeniach, wymazując z umysłu czytelnika jego własną rzeczywistość. Mroczna, owiana aurą niejasności, mistrzowska. Bawiłam się u jej boku wybornie, nieraz z wyraźnie widoczną gęsią skórką pokrywającą całe moje ciało. I pomimo sześciuset przebytych stron pytam się, czemu to wszystko tak szybko się skończyło? Polecam z czystym sumieniem i czekam na więcej. Co więcej, czekam niecierpliwie, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że w przypadku takich książek pośpiech nie jest wskazany. Misternie skonstruowana „Latarnia umarłych” to zdecydowanie jedna z lepszych powieści tego roku. Nie zawahajcie się po nią sięgnąć. Warto.  

moja ocena: 8+/10
wydawnictwo: Muza SA
ilość stron: 606
data wydania: listopad 2016

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Muza SA. 
 

4 komentarze:

  1. Jak ją dorwę, na pewno przeczytam :)
    Serdeczności!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet mi osobie, która unika tego rodzaju powieści narobiłaś prawdziwej ochoty na tę książkę! :)
    I okładka taka ładna :o
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Brzmi doprawdy świetnie! :o Mam nadzieję, że będę miała okazję przeczytać. :)
    Wesołych Świąt!

    OdpowiedzUsuń