środa, 18 stycznia 2017

"Making faces" - Amy Harmon. Próbując spojrzeć w utraconą twarz.


„Może jest jakiś większy sens, jakiś większy obraz, którego my jesteśmy tylko małym elementem. Wiesz, tak jak w tych puzzlach z tysiąca elementów. Patrząc na jeden element, nie jesteś w stanie stwierdzić, jak będzie wyglądać cała układanka.”

Próbuję pisać, chociaż mam oczy zamglone od łez. Chciałam zacząć od razu, bo choć nie zdążyłam uporządkować myśli, czuję, że muszę przelać emocje w słowa. Przed paroma minutami odłożyłam na bok „Making faces”, książkę, która wyszła spod pióra dobrze znanej mi już  Amy Harmon. Autorka zaskakiwała mnie nieraz  przekonując do tego, że w każdej z swoich powieści przemyca w świat czytelnika powiew świeżości. Teraz zawiało także wzruszeniem, tak mocno, że moja żelazna dusza prawie rozpadła się na kawałki. To było... No właśnie – jakie? Jesteście ciekawi? Zapraszam na recenzję.

Żyła raz sobie mało urodziwa Fern i żył piękny Ambrose. Właściwie można byłoby od tego zacząć, bo właśnie tak na wstępie prezentuje się ta historia. Ale w tej powieści nie chodzi o zewnętrzne piękno, a ja nie chciałabym, by streszczenie zabrzmiało zbyt banalnie. To nie jest zwykła książka, więc może zacznę inaczej.

ZARYS FABUŁY
Nastoletnia Fern urodziła się w szczęśliwej rodzinie, jako długo wyczekiwane dziecko. Los obdarzył ją przyjacielem, mądrością i pogodą ducha, chociaż poskąpił jej urody. Podkochując się skrycie w popularnym w szkole, utalentowanym i dobrze zbudowanym zapaśniku Ambrose wiedziała, że nigdy nie będzie w stanie zwrócić na siebie jego uwagi. Nie przewidziała jednak tego, że życie pisze własne scenariusze. A potem nastąpiło wielkie PO.

Ambrose Young wraca z wojny jako jedyny z grupy przyjaciół. Pokiereszowany fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie, ukrywa się przed światem nosząc w sercu żałobę, która włada jego codziennością. Nie potrafiąc zaakceptować nowej rzeczywistości ponownie spotyka Fern, dawną koleżankę ze szkoły. Pomiędzy nim, dziewczyną i jej niepełnosprawnym przyjacielem Baileyem rodzi się więź pokonująca wiele trudności. Tylko czy miłość i przyjaźń są w stanie stawić czoła koszmarom  wojny? Czy jest szansa na szczęście, kiedy w grę wchodzi złamana dusza? I jak wiele człowiek ma czasu, by zawalczyć o marzenia?

Ukazana z perspektywy narratora trzecioosobowego historia młodych ludzi to przede wszystkim powieść o miłości, tej, w której na pierwszym miejscu wcale nie stoi pożądanie, a szczere uczucie, nie fizyczność, a wnętrze. To jednak książka mająca o wiele głębsze przesłanie. Ukazująca wojnę, przyjaźń, a nawet śmierć - dociera do sprytnie ukrytych zakamarków serca, które na co dzień dla wielu innych powieści pozostają poza zasięgiem.

BOHATEROWIE – W PODWÓJNYM TEGO SŁOWA ZNACZENIU
Jest Ambrose, który zyskał urodę po nieznanym ojcu, jednak wychowywany przez dobrego człowieka nauczył się patrzeć na to, co tak naprawdę ważne. Waleczny, utalentowany, skromny. To właśnie jemu los zgotował wyzwanie, które zapisało na kartach jego życia nieodwracalne zmiany. A jednak szukając pośród właściwych ludzi i akceptując rzeczywistość taką, jaka jest, ma szansę na to, by  odnaleźć szczęście. Niemniej istotną postacią tej książki jest Fern, uczynna, pogodna, inteligentna szara myszka. Dziewczyna bardzo niezwykła i zwykła zarazem. Stając się symbolem prawdziwego piękna człowieka, skrywa je w środku. To bohaterka, której po prostu nie da się nie pokochać.

Chociaż w streszczeniu pojawiła się o nim zaledwie mała wzmianka, nieodłącznym elementem tej książki staje się postać Baileya. Urodzony z dystrofią mięśniową kuzyn głównej bohaterki pokonuje bariery losu świadom jak mało kto kruchości ludzkiego życia. Jest Rita, piękna dziewczyna, która dokonała niewłaściwego wyboru i są zasłużeni dla ojczyzny młodzi mężczyźni, którzy śmiertelni i nieśmiertelni zarazem pozostawiają po sobie wieczny ślad.

ROMANS? POWIEŚĆ WOJENNA? A MOŻE COŚ INNEGO?
To nie tanie love story i nie bajka. Zaprzeczę streszczeniu z okładki, jako że Amy Harmon stworzyła opowieść jak z kart romansów. Tutaj wielowątkowa fabuła, w której jednak wszystkie elementy wydają się spójne i wypełniające siebie nawzajem, pokazuje wiele oblicz miłości. Podszyta przyjaźnią, ludzkimi problemami, niesprawiedliwością i nieprzewidywalnością losu, ale także nutką religii śle przesłanie dotyczące tych najważniejszych wartości. To historia o młodych ludziach, którym przyszło zmierzyć się z największym wrogiem. To jednak także powieść o odrodzeniu i o tym, że by sięgnąć po prawdziwe szczęście i móc go zrozumieć, trzeba przebyć długą, trudną i często niezrozumiałą drogę.

PODSUMOWANIE
Jeżeli spodziewacie się namiętności znanej z współczesnych powieści nurtu New Adult i stawiacie na słodkie scenariusze – odpuście. Bo chociaż jest to książka o miłości, z pewnością jest czymś więcej. Rozweselając, poprawiając humor, ściskając serce i wyciskając łzy uczy i daje szanse na to, by na chwilę usiąść i zastanowić się nad własnym życiem, nad własnymi ułomnościami i stawianymi sobie granicami, które często rodzą się wyłącznie w naszej głowie. Dla mnie zdecydowanie najlepsza książka tej autorki. Jestem pod wielkim wrażeniem, a ta recenzja na pewno nie pozostanie moim ostatnim słowem w sprawie tego tytułu. Jeszcze nieraz o nim wspomnę, by mógł dotrzeć jak najdalej.

moja ocena: 9/10
wydawnictwo: Editio Red
ilość stron: 342
data wydania: styczeń 2017

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Editio Red.
 Znalezione obrazy dla zapytania EDITIO

15 komentarzy:

  1. Jeżeli jest to najlepsza powieść autorki to koniecznie muszę przeczytać, ponieważ Harmon zdobyła moje czytelnicze serce poprzednimi powieściami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje serce też zdobyła poprzednimi. Uwielbiam jej pióro. Ta książka jest nieco inna od "Prawa Mojżesza" i "Pieśni Dawida" - ale niemniej dobra. Jak już wspomniałam, nawet lepsza :)

      Usuń
  2. Tyle emocji, to muszę przeczytać. Już wcześniej ksiązka mnie zainteresowała, z chęcią po nią sięgnę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie warto poświęcić jej czas. Mnie naprawdę złapała za serce :)

      Usuń
  3. Książka wzbudziła w Tobie tyle emocji, że chcę ją też przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto - naprawdę. To nie jest jakiś tani romans, to naprawdę wzruszająca, piękna historia o miłości i tych najważniejszych wartościach.

      Usuń
  4. Nie czytałam jeszcze książek tej autorki, ale muszę zacząć. Mało jest książek które potrafią porządnie wzruszyć.

    Pozdrawiam.
    Kasia z Ebookowych recenzji
    http://ebookowe-recenzje.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Making faces zdobyło również i moje serce! Uwielbiam wszystkie trzy książki autorki i cieszę się, że jak na razie spotykam same pozytywne ich recenzje, bo oznacza to, że mogą pojawić się jakieś nowe tytuły od Harmon na naszym rynku wydawniczym. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie jestem za - jak najwięcej książek Amy Harmon w Polsce :) Uwielbiam jej pióro. Pisze takie piękne i niebanalne historie.

      Usuń
  6. Znowu mnie wyprzedziłaś, a po Twojej recenzji już nie mogę się doczekać kiedy w końcu będę mieć chwilę, by zacząć czytać książkę. Trochę się obawiam, że wyleje morze łez podczas lektury... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe :) Tylko parę razy udało mi się Ciebie wyprzedzić. Nieraz to Ty rozbudzasz mój apetyt, więc potem czym prędzej zanurzam się w kartach polecanych powieści :) Myślę, że ta książka naprawdę Ci się spodoba.

      Usuń
  7. Uwielbiam tą książkę! Dzisiaj skończyłam ją czytać i jestem pod wielkim wrażeniem. Piękna i niezwykle subtelna historia Fern i Ambrosea, ale co dla mnie ważne nie dominująca. Inne wątki były równie absorbujące i wzruszające.
    Pozdrawiam!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, historia głównych bohaterów jest piękna, ale nie przytłaczająca. Wiele tutaj ciekawych wątków, które tworzą w efekcie wartą polecania powieść.

      Usuń
  8. właśnie czytam <3

    obserwuję bloga i zapraszam do mnie. :)
    http://nie-oceniam-po-okladkach.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń