niedziela, 4 października 2020

Zapowiedź: "Lucian" - Bethany - Kris.
Pierwszy rozdział.

Pierwszy tom zagranicznej bestsellerowej serii mafijnej!

Dla fanów książek Cory Reilly!

Lucian Marcello zdaje sobie sprawę z oczekiwań, które spoczywają na nim jako na najstarszym synu jednego z najpotężniejszych donów północnoamerykańskiej Cosa Nostry. W jego świecie rodzina to coś więcej niż krew i nazwisko. To honor, szacunek, interesy i życie. Nie ma niczego ważniejszego. Urodził się w tym świecie i w tym świecie umrze.

Jordyn Reese skupia całą siłę i energię na pozostawaniu poza radarem mężczyzny, który nie zawahałby się ani chwili, żeby ją zabić. Jej życie jest zdominowane przez otaczających ją członków niebezpiecznego klubu motocyklowego, a przyszłość zależy głównie od tego, jak użyteczna dla nich będzie. Ostatnie, czego dziewczyna potrzebuje, to żeby jakiś mafioso ściągał na nią jeszcze więcej uwagi.

Niesłychanie okrutny Lucian nie spocznie, dopóki nie zlikwiduje zagrożenia czyhającego na Jordyn. To jednak może go kosztować więcej, niż sądzi.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przykucając nisko, ośmioletni Luciano Grovatti miał nadzieję, że nikt, kto akurat przechodził ciemną uliczką, nie zauważy jego małej postaci, odpoczywającej przy śmietniku obok restauracji. Ulica i chodnik były tego dnia bardzo zatłoczone, ale zdecydował się zaryzykować. To najlepsze miejsce, by znaleźć jedzenie, nawet jeśli niebezpieczne. Niejednokrotnie słyszał krzyki dochodzące z wnętrza lokalu. Zawsze upewniał się, by zwiać jak najszybciej, gdy taka sytuacja miała miejsce.

Alejka okropnie śmierdziała, śmieciami i śmiercią, ale przynajmniej było ciepło, a spadzisty daszek zapewniał schronienie przed wiosenną wilgocią. Względnie cieplej było również dzięki odpowietrznikom, które wydmuchiwały fale gorącego powietrza z wnętrza lokalu.

Wkrótce skończy dziewięć lat.

Nie tak chciałby spędzać urodziny.

Ile urodzin minęło, odkąd trafił na ulicę?

Podniósł brudną rękę i zaczął wyliczać na palcach pory roku, które obserwował, jak przychodzą i odchodzą. Wiosna, jesień, zima, lato. Z tego co pamiętał, każda powtórzyła się dwa razy. Dwa lata, pomyślał. To okropnie długo dla małego chłopca, który przebywał na ulicach Nowego Jorku, włóczył się po alejkach w poszukiwaniu jedzenia i walczył z innymi wyrzutkami o bezpieczne miejsce do spania.

Luciano nie znał innego wyjścia.

Przynajmniej tej nocy będzie mu na tyle ciepło, że zdoła powstrzymać dreszcze.

– Jesteś głodny, chłopcze?

Głos pojawił się znikąd. Był mroczny i głęboki, typowo męski. Wydawał się również dziwnie znajomy. Mówił po włosku, nie po angielsku, jednak Luciano rozumiał oba języki. Oczy chłopca otworzyły się szeroko, strach zaczął wypełniać go od środka. Jego wzrok natychmiast powędrował do wejścia uliczki, by zobaczyć, czy ktoś się nie wśliznął, kiedy czujność Luciana spadła.

Jak mógł być taki głupi?

Luciano zerknął przez ramię i natrafił na spojrzenie zielonych oczu mężczyzny, który przyklęknął na kolano, by znaleźć się na poziomie jego wzroku. Coś pachnącego ciepło i słodko przebiło się przez ostrą nutę wody kolońskiej. W czystym, wyprasowanym garniturze ten człowiek wyglądał przy Lucianie jak król. Nawet jego buty lśniły w ciemnej uliczce.

Mężczyzna wyciągnął przed siebie paczuszkę i powiedział:

– Weź.

Luciano zawahał się.

– Nie, dziękuję.

– To nic złego, przysięgam. Tylko ciastka. Z kawałkami czekolady. Prosto z pieca. Moje ulubione.

Luciano nadal odmawiał wzięcia paczuszki. Unieruchomiony spojrzeniem nieznajomego, chłopiec czuł się tak, jakby został przejrzany na wylot. Ręka wyciągnięta do przodu delikatnie odsunęła za długie włosy z czoła chłopca. Ten czuły gest go przestraszył.

Jak płochliwa mysz, Luciano odskoczył do tyłu, uderzając plecami w kontener. Mężczyzna zmarszczył brwi na ten oczywisty przejaw strachu.

– Nie skrzywdzę cię, dziecko. Nigdy bym tego nie zrobił.

Czego ten człowiek od niego chciał?

– Jak masz na imię? – zapytał po włosku mężczyzna.

Luciano załkał cicho.

– Proszę, nie krzywdź mnie.

– Powiedziałem, że tego nie zrobię. Twoje imię, dziecko.

– Luciano.

– Nazwisko? – naciskał delikatnie. – Proszę, podaj mi nazwisko, które nadał ci ojciec.

Luciano potrząsnął głową zawzięcie. Dobrze wiedział, że nie powinien tego zdradzać, nikomu. Matka była stanowcza w tej kwestii, jego nazwiska nie można bezpiecznie wymawiać na głos. Istnieli ludzie, którzy skrzywdziliby go, gdyby dowiedzieli się, skąd pochodził.

Mężczyzna westchnął i potarł czoło.

– Od jak dawna żyjesz w ten sposób?

Luciano podniósł rękę i pokazał dwa palce.

Mężczyzna wzdrygnął się.

– A twoja matka?

– Kazała się ukryć.

– Oczywiście. – Mężczyzna wstał i poprawił spodnie. – Myślałeś, że jesteś ostrożny, chłopcze, ale moi ludzie widzieli cię tutaj już więcej niż raz. Widzisz, ta restauracja jest moją własnością. Jedyne, co powstrzymało ich od przegonienia cię stąd, to fakt, że usłyszeli, jak mruczysz coś po włosku. Kiedy cię opisali… musiałem zobaczyć na własne oczy.

Co zobaczyć?

Luciano nie mógł dłużej znieść spojrzenia mężczyzny. Zmieniło się z zaciekawionego, w smutne i pełne żalu.

– Proszę, sir, jeśli obiecam, że więcej tu nie przyjdę, pozwolisz mi odejść?

– Nie.

– C-co? Dlaczego?

– Znałem twojego ojca, chłopcze. Był moim najlepszym przyjacielem. Zawiódłby się na mnie ogromnie, gdybym pozwolił ci nadal żyć w ten sposób.

Luciano zmusił się do przełknięcia guli w gardle.

– Mojego ojca?

– Mam na imię Antony. Byłem caporegime, jak twój ojciec. Teraz jestem bossem. Bossem, dziecko. Rozumiesz, co to znaczy?

Mgliste wspomnienia zaczęły pojawiać się w jego świadomości. Słowa ludzi, których Luciano nie rozumiał zbyt dobrze, ale wiedział, że jego ojciec był jednym z nich. La Cosa Nostra. Jego matka, goomah ojca.

Antony zaczął znowu mówić, odciągając chłopca od jego myśli.

– Wiedziałem o twojej matce, ale o tobie dowiedziałem się dopiero po wszystkim. Jest mi bardzo przykro z tego powodu.

Momma? –zdołał zapytać Luciano.

Antony raz skinął głową w odpowiedzi i uśmiechnął się sztywno.

– Czy chciałbyś spać dzisiaj w łóżku, Luciano?

– Ja… – Czy mógł zaufać temu Antony’emu?

– Mam w domu dwóch małych chłopców – mówił dalej Antony, a jego głos stawał się coraz bardziej delikatny. – Dante i Giovanni. Dante właśnie skończył osiem lat. Gio ma sześć, wkrótce skończy siedem. Założę się, że bardzo chcieliby cię poznać i mieć nowego kompana do zabaw.

– Kazała mi się ukryć – powiedział Luciano po cichu. Chciał, żeby ten mężczyzna zrozumiał. – Nie powinienem.

– Już nie musisz się ukrywać, dobrze? Sprawiłem, że ludzie, którzy skrzywdzili twoich madre i padre, zniknęli. Jestem bossem, pamiętasz?

– Bossem – powtórzył Luciano.

– Łóżko? – zapytał Antony raz jeszcze.

– Proszę.

Antony uśmiechnął się olśniewająco. Dwaj mężczyźni pojawili się w wyjściu uliczki, zasłaniając sobą jedyne światło, które tam docierało. Jeden trzymał koc, drugi stał cicho, ze stoickim spokojem irękoma skrzyżowanymi na piersi. Antony pstryknął palcami, a mężczyzna z kocem podszedł bliżej i mu go podał. Antony okrył Luciana bez słowa.

– Chce pan, żebym go wziął, bossie?

– Nie – powiedział Antony, ledwo zerkając na tego człowieka. – Będzie od teraz wychowywany jako mój syn. Ja go wezmę.

Mój syn.

Zanim Luciano mógł cokolwiek powiedzieć, już znalazł się w ramionach Antony’ego, zupełnie, jakby nic nie ważył. Instynktownie owinął ręce wokół szyi, a nogi wokół talii mężczyzny. Antony wypuścił drżący oddech, ale nie skomentował zapachu, który unosił się od chłopca, ani brudu, który właśnie osiadał na jego garniturze.

– Od teraz będziemy nazywać cię Lucian. Lucian Marcello. Rozumiesz?

Luciano przytaknął.

Si.

– Chodźmy do domu, Lucianie. Moja żona od dawna chce cię poznać.

 ***

 Lucian obudził się z nagłym szarpnięciem. Pot spływał mu po skórze, pozostawiając kropelki na nagiej klatce piersiowej. Przez krótką chwilę starał się przyzwyczaić wzrok do ciemności, ale przypomnienie sobie, gdzie był, nie zajęło mu długo. Znajome otoczenie przyniosło ukojenie mięśniom obolałym od starych wspomnień.

Nieczęsto śnił o nocy w Brooklynie, już nie. Czasami wspomnienia zakradały się do jego myśli i nie chciały odpuścić. Samo wspomnienie nie było koszmarem. Antony zabrał go z ulicy, dał mu dom, braci, matkę i ojca, to najlepsze, co Lucianowi przytrafiło się w życiu. Chodziło o wszystko inne, co dotyczyło tej nocy, rzeczy, które wydarzyły się wcześniej… teraz jawiły się jako koszmary.

Lucian odetchnął głęboko, przeczesał włosy palcami i usiadł w swoim starym łóżku. Niezależnie, jak mocno się starał, nie mógł znaleźć dobrej przyczyny, dla której wciąż śnił o tej nocy. Było tak, jak gdyby jego biologiczni rodzice ostatnio nawiedzali jego myśli.

Miał rodziców – takich, którzy bardzo go kochali.

Nie było ani jednej rzeczy, której Lucianowi by brakowało, od kiedy zamieszkał w domu Marcella, chociaż przez cały pierwszy miesiąc spał w szafie, zanim przyzwyczaił się do wielkości nowej sypialni. Jego obawy przed zaufaniemAntony’emu i Cecelii – adopcyjnej matce– łamały im serca, ale dali Lucianowi czas i przestrzeń, aż był gotowy na ogrom miłości, wsparcia i opieki, które mu dali.

Nowi bracia okazali się najbardziej serdeczni, a jednocześnie przerażający. Teraz wydawało się to zabawne, ale wtedy dwaj chłopcy, którzy żartowali, tryskali energią i rzucali włoskimi przekleństwami na prawo i lewo, śmiertelnie przerażali Luciana. Lubili robić zamieszanie, zarówno wtedy, jak i teraz. Dante był największym z trójki chłopców Marcella, chociaż obecnie Lucian przewyższał go o kilka centymetrów, Giovanni – Gio dla rodziny i przyjaciół – zdecydowanie był najbystrzejszy i najsprytniejszy z całej trójki, zawsze wkręcał ich w kłopoty, a potem potrafił się z nich wyplątać, kiedy tamci zostali złapani.

Lucian miał dobre wspomnienia z późniejszych lat dzieciństwa. Antony i Cecelia dali mu wszystko to, co stracił wcześniej, a nawet rzeczy, których nie miał przed śmiercią matki.

Nigdy też nie ukrywali przed nim prawdy.

Matka, którą tak uwielbiał, okazała się być kochanką ojca. Kimś, kogo kochał, owszem, ale nie kimś, kogo chciałby poślubić, albo kimś, dla kogo porzuciłby żonę. Przecież w ich świecie małżeństwo było na całe życie. Nie musiało w nim chodzić o miłość, a związek jego ojca zdecydowanie się na niej nie opierał.

John Grovatti poślubił żonę w ramach umowy zawartej między jego własnym ojcem i ojcem panny młodej Kate była podłym stworzeniem w bardzo wielu aspektach. Kłamała swojemu tatusiowi na temat ojca Luciana, opowiadała, jak okropnie traktował ją mąż, jak ją bił, jak nie chciał dzielić z nią łoża, bo był zbyt zajęty w łóżku innej kobiety.

Cóż, przynajmniej to ostatnie nie było kłamstwem.

Niemniej, czyny Johna miały swoje konsekwencje.

Boss nie musiał uzyskiwać pozwolenia na podjęcie decyzji o uderzeniu, niezależnie w kogo było wycelowane.

Cazzo –zaklął pod nosem Lucian, skopał z siebie kołdrę i postawił bose stopy na zimnej, drewnianej podłodze. – Cholera.

Te wspomnienia to nie rzeczy, o których chciałby myśleć dzisiejszej nocy. Była sobota, a bracia Marcellowie zawsze spędzali tę noc w domu rodziców i całą rodziną uczestniczyli we mszy następnego dnia. Matka zawsze przygotowywała ogromne śniadanie, potem szli na mszę i spędzali resztę dnia wspólnie, kończąc go wieczorem rodzinną kolacją i drinkami. Robili to od chwili, gdy pierwszy z synów się wyprowadził, i trwało to cały czas, nawet kiedy wyniósł się ostatni z nich. W niedziele nie załatwiano żadnych interesów, ale nie było też odpoczynku.

Lucian nie miał tutaj swojego worka treningowego, na którym mógłby wyładowywać frustrację tak długo, aż padłby ze zmęczenia. Zamiast tego zaczął przeszukiwać szafkę nocną w nadziei, że matka nie pozbyła się jego zapasu zioła.

Oczywiście Cecelia to zrobiła.

Lucian był zaskoczony, że jeszcze nie musiał wysłuchać jej wykładu, skoro to znalazła.

Bardziej wzburzony niż wcześniej, zwlókł się z podwójnego łóżka, chwycił dresy, które zdjął wcześniej, i nałożył spodnie. Nie minęło wiele czasu, kiedy zaczął swoją cichą wspinaczkę na górę trzypiętrowego domu tak, jak robił to już wiele razy. Skoro w jego starej sypialni nie było niczego, co pomogłoby mu uspokoić zszargane nerwy, znajdzie coś w gabinecie ojca.

W końcu Antony również lubił whisky i cygara. Poza tym, dwadzieścia siedem lat życia nie pomogło Lucianowi zbytnio w powstrzymaniu się, kiedy czegoś chciał. Zupełnie jak w przypadku pozostałych mężczyzn z jego rodziny.

Może to charakterystyczna cecha Marcellów.

Lucian wtoczył się do gabinetu ojca, wciąż odczuwając skutki swojego snu, by znaleźć to, czego wcale się nie spodziewał. Antony siedział za biurkiem i popijał ze szklaneczki w połowie napełnionej bursztynowym płynem, Dante leżał wyciągnięty na skórzanej kanapie i kiwał głową na coś, co ojciec powiedział tuż przed wejściem Luciana.

Antony ledwo zerknął znad swojej szklanki.

– Nie masz jakichś ubrań?

Lucian wzruszył ramionami. Nie obchodziło go, że był półnagi.

– Nie sądziłem, że ktoś jeszcze nie śpi.

– Mam nadzieję, że masz na rano do kościoła coś lepszego niż dresy i te dżinsy, które uwielbiasz. Matka nie będzie zadowolona, jeśli znowu pójdziesz na mszę w ciemnych, spranych spodniach, Lucianie.

Dante parsknął krótko.

– Mama upewni się, że będzie dobrze ubrany. Jego garderoba powiększyła się o sześć garniturów od Armaniego szytych na miarę i wydaje mi się, że kilka kazała dostarczyć tutaj, żeby nie mógł wykręcić się tym, że zostawił je w mieszkaniu.

Cóż, ta rozmowa prowadzi donikąd, stwierdził Lucian.

Vaffancullo – wymamrotał Lucian, dobitnie dając bratu do zrozumienia, że ma się pieprzyć. – Odwal się. Noszenie garniturów każdego dnia tygodnia nie jest normalne, dobra? Muszę go nosić od poniedziałku do soboty, więc chociaż w niedzielę mógłbym założyć to, na co mam ochotę.

– Dobrze, gdy jest się odpowiednio ubranym – dodał ojciec. – I uważaj na słownictwo.

– Wszystko jedno.

– Dlaczego nie śpisz? – zapytał Antony i odstawił szklankę na stół.

Ciśnienie Luciana wzrosło pod czujnymi spojrzeniami ojca i brata.

– Tak po prostu. Coś mnie obudziło, jakiś dźwięk, nie wiem. Gdzie Gio?

To nie w stylu ojca, by spotykać się z jednym z braci, wyłączając pozostałych. Lucianowi wcale się to nie spodobało.

Dante z obojętnością machnął ręką w powietrzu.

– Drinki, które wypił, zanim wczołgał się do łóżka, skutecznie go powaliły.

Kątem oka Lucian zobaczył, jak ojciec się wzdrygnął. Nie było tajemnicą, że najmłodszy z synów Marcella miał pewne problemy. Większość z nich kręciła się wokół jego zamiłowania do alkoholu, a czasami nawet czegoś mocniejszego niż gorzała. Jako najmłodszy z chłopców, zawsze miał trochę więcej przestrzeni i swobody niż pozostali dwaj, ale Lucian wiedział, że Antony nosił się z zamiarem wysłania syna na odwyk za granicę, żeby rozwiązać wszystkie jego kłopoty, skoro sam nie potrafił tego zrobić.

– Było źle? –ośmielił się zapytać Lucian.

– Nie zdołał przyjechać sam do domu, ale zjawił się tu na jutrzejszą mszę – powiedział Antony. – Lepiej niż w zeszłym tygodniu.

– Może powinienem mieć oko…

– Nie, nic nie rób – przerwał stanowczo Dante. – Jeszcze nie. Daj mu szansę, żeby sam sobie z tym poradził.

Lucian rzucił ojcu spojrzenie, szukając potwierdzenia, czy właśnie tego od niego chciał. Antony nie odezwał się, tylko wzruszył ramionami, podniósł szklankę i wypił kolejny łyk czegoś, co jak Lucian podejrzewał, było whisky.

– Mówię tylko, że mógłbym się do niego nieco zbliżyć.

– Jasne – powiedział Antony, kiwając głową. – Ale w czym to pomoże, Lucianie? Jak dotąd utrzymuje swoje sprawy z dala od interesów. Mam nadzieję, że tak pozostanie. Jeśli nie…

Lucian zmarszczył brwi.

– Ale…

– Ale nic. Ma dwadzieścia pięć lat, zaraz skończy dwadzieścia sześć, nie jest już małym chłopcem.

Tak, ale Gio wciąż był jego młodszym bratem.

Lucian spojrzał w kierunku wielkiego, zdobionego zegara dziadka, wiszącego w rogu gabinetu. Było już dobrze po drugiej w nocy, czyli zaczęła się niedziela. Teraz naprawdę zaciekawił go powód późnonocnego spotkania w biurze Antony’ego, nieobejmującego ani jego, ani Gio, a w oczywisty sposób dotyczącego interesów.

Żadnych interesów w niedzielę. Taka była zasada.

Tak jak odpowiedni ubiór, niezależnie od sytuacji publicznej. Pomimo że znajdowali się na liście Departamentu Obrony jako jedna z najważniejszych rodzin przestępczych Ameryki Północnej, ze względu na wpływy, jakie mieli w handlu bronią i narkotykami. Nie można zapomnieć również o wymuszeniach, szantażach, przemycie, hazardzie… lista nie miała końca.

Tak naprawdę zasad było kilka.

Dla Włochów rodzina należąca do Cosa Nostry była wszystkim i właśnie takie życie wiedli Marcellowie.

Rodzina. Honor. Bóg.

La familia. Onore. Dio.

Chciwość. Pieniądze. Interesy.

Wszystkim tym należało się zająć. Wygląd to bardzo ważny aspekt. Rodzina była wszystkim. Oczekiwano dumy i nieustraszoności. Syndykat i wrogowie nauczyli się też spodziewać zimnej bezwzględności, kiedy wchodzili w drogę Marcellom. Musieli zachowywać zimną krew, niezależnie od sytuacji. Wykluczone było opuszczanie domu bez broni. Z gliniarzami nie wolno było się kontaktować, spoufalać ani im wierzyć.

Lucian zrozumiał, jak pracować i używać broni, zanim skończył dwanaście lat. Gdy miał trzynaście, potrafił rozłożyć i złożyć pistolet. Jako dziecko wiedział, że piwnica i poddasze to nie miejsca na jego zabawy i eskapady, jak inne pokoje w domu, ponieważ w jednym ojciec miał ogromną kolekcję nielegalnej broni, a w drugim znajdowały się zasoby przysyłanych i odsyłanych dalej narkotyków.

Nie byli dobrymi ludźmi. Lucian z resztą wcale tego nie chciał.

Jednak czuł dumę ze swojej rodziny. Po prostu tacy byli.

– Interesy w niedzielę, papà? – zapytał, wskazując na zegar.

Antony spojrzał gniewnie znad biurka.

– Nie miałem zbyt wielkiego wyboru. Usiądź, możemy teraz porozmawiać, jak sądzę. Tylko ani słowa Cecelii.

Zrobił, jak mu kazano, i spoczął na jednym z krzeseł z wysokim oparciem, które zawsze stały przy biurku ojca.

– Chcesz, żebym poszedł obudzić Gio?

– Nie, jest pewnie nadal zbyt pijany, żeby zrozumieć powagę sytuacji. Pomówię z nim po mszy.

Lucian wyprostował się nieco na krześle. Takie słowa nie wróżyły zbyt dobrze.

– Co się dzieje?

– Wiesz, że wolałbym, żebyś przestał niszczyć swoją skórę tym okropnym tuszem, Lucianie?

Lucian uśmiechnął się pod nosem i wzruszył ramionami. Miał wiele tatuaży, każdy ważny na swój sposób. Najnowszy ciągnął się przez jego pierś, od jednego obojczyka do drugiego, tworząc elegancki napis: ThisThing of Ours. Oznaczał dokładnie La Cosa Nostra po angielsku. Zazwyczaj ojciec zerkał na jego tatuaże z dezaprobatą człowieka, który nie lubił tuszu, ale nic nie mówił. Werbalne niezadowolenie było czymś nowym.

Uniósł znacząco brew, patrząc na brata ponad ramieniem, i zastanawiał się, co, do cholery, ugryzło dziś ojca. Dante również usiadł na kanapie; powaga spowiła jego zwykle radosne oblicze. Nie żeby Dante był przyjazny dla kogokolwiek spoza rodziny lub interesów.

– To noc czepiania się Luciana czy jak? – zapytał z sarkazmem Lucian.

– Przynajmniej możesz je zakryć, jak sądzę – powiedział Antony, ignorując uwagę syna. – Jeśli Gio zrobi sobie kolejny tatuaż na szyi, tam, gdzie mogę je łatwo zobaczyć, gdy ma na sobie koszulę, wypalę je za pomocą rozgrzanego noża i opalarki. Zobaczymy, jak bardzo lubi ból.

Lucian zadrżał, ale udało mu się to ukryć. Antony nie rzucał gróźb na wiatr, nawet jeśli były skierowane do jednego z synów.

– Ograniczę tusz do minimum – powiedział Lucian, by uspokoić ojca.

– Lepiej tak zrób.

Albo nie będę zdejmował koszuli, żebyś nie widział, pomyślał w duchu.

– Więc, co się dzieje?

Antony dokończył swoją whisky, zanim przemówił.

– Jakieś dziesięć minut po północy miała miejsce strzelanina pomiędzy władzami a Synami Piekieł, gangiem motocyklowym, który ostatnio mam na oku.

To zdecydowanie przyciągnęło uwagę Luciana.

– Och?

– Przed moim kasynem.

Cholera.

– To niedorzeczne.

Antony przytaknął krótko. Widać było gniew wypisany na jego twarzy.

– Mam gdzieś ich interesy. Pozwoliłem im zajmować się tymi ich bzdurami na moim terytorium, bo nie wyrządzały mi żadnej szkody. Sowicie płacą capo, by utrzymać miejsce i spokój, tak jak każdy diler broni czy narkotyków, który pracuje na moim terenie. Przestrzegają reguł, więc nie mam z nimi problemu.

– Ale? – Lucian naciskał, wiedząc, co nadchodziło.

– Ale tym razem jest inaczej – odezwał się Dante z tyłu. – Sprowadzają na nas uwagę, której teraz nie potrzebujemy. Prowadzimy wszystkie nasze interesy w ukryciu i ostatnie, czego potrzebujemy, o czym powinniśmy choćby pomyśleć, są powiązania z gangiem motocyklowym znanym z narkotyków i rozlewu krwi.

– A my nie jesteśmy z tego znani? – spytał Lucian.

Antony zaśmiał się.

– My przynajmniej jesteśmy dobrze ubranymi grzesznikami.

Cóż, pieniądze wiele potrafią.

Lucian nadal czuł, że to nie koniec tej historii.

– Czego mi nie mówicie?

– Tym razem zapędzili się za daleko. – Antony westchnął i znużenie odbiło się w jego zielonych oczach. – Wojna, którą wypowiedzieli nowojorskiej policji, z pewnością odciągnie od nas uwagę gliniarzy na jakiś czas. Ale jest źle, Lucianie. Młoda para odbierała kolegę spod kasyna. Na tylnym siedzeniu sedana mieli dziecko. Cała rodzina została zabita, tak jak trzech policjantów i jeden członek gangu.

O, cholera. Lucian poczuł, że robiło mu się niedobrze.

– Tato, nie możesz winić swoich…

– To nie pierwsi niewinni, którzy zostali zabici w bałaganie, który robią motocykliści – ciągnął Antony, niewzruszony. – My rozumiemy, że przypadkowe szkody mogą się zdarzyć, ale oni nie wiedzą, kiedy przestać. Nie pozwolę, żeby ich bałagan wpłynął na moje interesy i rodzinę.

– Zmusimy ich, żeby przestali – powiedział Dante, podszedł i stanął za krzesłem brata.

– Co, urządzimy Montreal?

Kilka dekad wcześniej, włoska rodzina przestępcza w Montrealu, w Kanadzie, wmieszała się w wojnę gangów o terytorium, żeby powstrzymać rozlew krwi i przemoc. O dziwo, zadziałało.

Antony rzucił mu niezbyt zadowolone spojrzenie.

– Nie sądzę. To nie jakieś szczeniackie gangi, rzucające się sobie do gardeł. Tu chodzi o policję i dobrze znany, świetnie zorganizowany gang motocyklowy, który ma ponad sto pięćdziesiąt klubów w całych Stanach i kilka w Kanadzie. Nie będzie łatwo, ale musimy to powstrzymać.

Strach był świetnym motywatorem.

Rodzina Marcellów była wystarczająco duża, by przechylić szalę w tym sporze.

– Prawdopodobnie nie będzie łatwo – zgodził się Lucian. – Ale czy kiedykolwiek było?

– Chcę, żeby to dobiegło końca – podsumował ojciec głosem zabarwionym smutkiem. – Usiądźmy i zróbmy listę nazwisk, tych ważnych. Możemy z łatwością zorganizować spotkanie z przewodniczącym klubu czy z kimkolwiek innym.

– A jeśli nie weźmie twojej… rady… na poważnie? – zapytał Lucian.

– Zaczniemy wykreślać nazwiska z listy, aż zrozumieją –dokończył za ojcaDante.

Brzmiało dość prosto, prawda?

Jednak rzadko cokolwiek takie było.

Skusicie się na tę powieść? Macie ją w planach?

4 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...